Peggy wypuściła czepek i zatrzasnęła pudełko mocno i szybko, jakby chciała złapać w nim muchę.

Przybywa, by mnie odszukać. Zacząć wspólne życie, pełne cierpienia. Dalej, płacz, Faith Miller, ale nie nad swoim chłopcem, który wyrusza na wschód. Płacz nade mną, której życie twój chłopiec zniszczy. Uroń łzę nad samotnym bólem jeszcze jednej kobiety.

Peggy otrząsnęła się z posępnego nastroju szarego świtu. Ubrała się szybko, pochylając głowę, by nie zawadzić o ukośne belki sufitu. Przez lata nauczyła się, jak nie myśleć o Alvinie Millerze Juniorze, jak wypełniać obowiązki córki w gospodarstwie rodziców i żagwi dla całej okolicy. Potrafiła nie pamiętać o nim przez całe godziny. Wystarczyła odrobina wysiłku. A chociaż teraz było jej trudniej, gdyż wiedziała, że tego ranka Alvin ma wstąpić na drogę prowadzącą wprost do niej, stłumiła myśli o nim.

Rozsunęła zasłony w oknie na południe i usiadła, wsparta o parapet. Spojrzała na puszczę, nadal sięgającą zajazdu, rozciągającą się wzdłuż Hatrack aż do Hio. Po drodze było tylko parę świńskich farm. Oczywiście, Peggy nie widziała Hio nawet w czystym, chłodnym powietrzu wiosennego ranka. Ale czego nie widziały jej oczy, bez trudu odnajdywała płonąca w niej żagiew. Żeby zobaczyć Hio, wystarczyło odszukać jakiś daleki płomień serca, wśliznąć się w ten ogień i spojrzeć przez oczy tego człowieka jak przez własne. A kiedy już pochwyciła czyjś płomień serca, wtedy dostrzegała nie tylko to, co on widział, ale i co myślał, co czuł, czego pragnął. A nawet więcej: w najjaśniejszej części płomienia, często ukryte w szumie bieżących myśli, migotały otwarte ścieżki, decyzje, jakie ów człowiek musi podjąć, życie, jakie sobie stworzy, jeśli wybierze tę, tamtą czy jeszcze inną drogę w ciągu godzin i dni, które nadejdą.

Peggy tak dobrze widziała płomienie serc innych ludzi, że prawie nie znała własnego.



19 из 334