
Ukośne promienie zachodzącego słońca migotały w wysokich oknach i oświetlały wyłożone boazerią biuro w budynku z piaskowca na Pięćdziesiątej Szóstej Zachodniej. Mieściła się tu także „Venezia”, restauracja otwarta przez Jimmy’ego przed trzydziestu laty.
Przejął to miejsce po trzech restauratorach, którzy zbankrutowali. Był świeżo po ślubie z Izabellą. Wynajęli maleńkie mieszkanko na trzecim piętrze. Teraz Jimmy Landi był właścicielem całego budynku, a „Venezia” stała się jedną z najpopularniejszych restauracji na Manhattanie.
Jimmy siedział przy wielkim zabytkowym biurku i zastanawiał się, dlaczego tak bardzo mu się nie chce schodzić na dół. Przyczyną był nie tylko telefon od byłej żony. Ściany restauracji zdobiły freski. Jimmy skorzystał z pomysłu konkurencji z „La Cóte Basque”. Malowidła na ścianach przedstawiały zakątki Wenecji. Na niektórych z nich uwieczniona została Heather. Kiedy miała dwa latka, artysta narysował jej buzię w oknie pałacu dodżów. Gdy była nastolatką, namalowano ją z gondolierem grającym serenady. Kiedy miała dwadzieścia lat, sportretowano ją z nutami w ręku podczas spaceru po Moście Westchnień.
Jimmy wiedział, że aby zachować równowagę psychiczną, musi zamalować portrety Heather, ale tak jak Izabellą nie potrafiła się pozbyć myśli, że za śmierć Heather odpowiedzialny jest jakiś człowiek, tak on nie umiał pozbawić się obecności córki; poczucia, że jej oczy obserwują go w sali jadalnej.
Jimmy Landi był śniadym, sześćdziesięcioośmioletnim mężczyzną. Wciąż miał ciemne włosy. Żywe oczy, osłonięte gęstymi, krzaczastymi brwiami, nadawały jego twarzy wyraz cynizmu. Był średniego wzrostu, mocnej budowy, wysportowany i robił wrażenie niezwykle silnego. Zdawał sobie sprawę z tego, że niektórzy żartują sobie, iż nawet szyte na miarę garnitury nic mu nie pomagają, bo i tak zawsze wygląda jak krzepki robotnik. Uśmiechnął się lekko, wspominając, jak Heather się oburzyła, kiedy pierwszy raz to usłyszała.
