
— Już o tym zameldowałem — poinformowała mnie postać w zbroi. — Ktoś po ciebie przyjdzie, albo ja odprowadzę cię do kajuty. Na razie musisz pójść z nami.
— A dokąd idziecie? zapytałem, lecz on już się odwrócił i dał znak dwóm mężczyznom, by szli dalej.
— Chodź! — szepnęła kobieta, po czym niespodziewanie pocałowała mnie w usta. Pocałunek nie trwał długo, ale była w nim brutalna namiętność. Zaraz potem położyła rękę na moim ramieniu i zacisnęła palce tak mocno, jak mógłby to uczynić silny mężczyzna.
— Musisz z nami pójść, bo w przeciwnym razie nie będą wiedzieli gdzie cię szukać, jeśli w ogóle zechcą zadać sobie tyle trudu — wyjaśnił prosty marynarz (w rzeczywistości wcale nie wyglądał pospolicie, gdyż miał pogodną, dość przystojną twarz oraz płowe włosy południow ca). — Nie byłoby najgorzej, gdyby nie zechcieli.
— Może będziesz mógł mi pomóc — powiedział białowłosy męż czyzna.
Pomyślałem sobie, że widocznie mnie rozpoznał. Zależało mi na pozyskaniu jak największej liczby sojuszników, więc odparłem, że naturalnie uczynię to, jeśli tylko zdołam.
— Na Danaidesa, bądźcie wreszcie cicho! — syknęła kobieta, po czym zapytała mnie szeptem: — Masz broń?
Pokazałem jej pistolet.
— Musisz bardzo uważać, posługując się nim we wnętrzu statku.
Ustaw go na najmniejszą moc.
— Już to zrobiłem.
Cała czwórka dźwigała arkebuzy, broń bardzo podobną do muszkietów, tyle że o krótszym, a zarazem grubszym łożysku i cieńszej lufie. Oprócz tego kobieta miała za paskiem sztylet o długim ostrzu, mężczyźni natomiast krótkie, ciężkie maczety.
— Jestem Purn — przedstawił się ten z jasnymi włosami.
— Severian.
Uścisnąłem wyciągniętą rękę. Była duża, o szorstkiej skórze i bardzo silna.
