
W drzwiach pojawiła się Teresa.
— Pan Martin Humphries — ogłosiła. Wygląda na spiętą, pomyślał Dan. Humphries musiał nieźle dać sięjej we znaki.
Martin Humphries wyglądał dość młodo. Był raczej niski, o parę centymetrów niższy od Teresy, i wyglądał jakoś miękko, miał zaokrąglone ramiona i linię talii, przez co było widać, że zaczyna tyć, mimo starannego drapowania bordowego blezera. Wydawał się tryskać energią, gdy przemierzył gabinet i usiadł przy biurku Dana.
Dan wstał i wyciągnął rękę nad biurkiem.
— Przepraszam, że musiał pan czekać — rzekł, zmuszając się do uśmiechu.
Humphries ujął dłoń Dana i odwzajemnił mocny uścisk.
— Rozumiem — odparł. — Strasznie mi przykro, że nachodzę pana w takim nieszczęściu.
Jego oczy powiedziały Danowi, że słowa te nie były niczym więcej jak rytuałem, który gość powinien wykonać. Twarz Mar-tina Humphriesa była okrągła, prawie chłopięca. Oczy jednak były twarde jak diamenty, zimne i szare jak smagane wiatrem morze na zewnątrz.
Usiedli, a George wszedł ponownie do gabinetu z tacą ciastek, dzbankiem z kawą i kilkoma porcelanowymi filiżankami i talerzykami. Przy całych swoich rozmiarach Wielki George poruszał się lekko jak tancerz — albo nocny włamywacz. Ani Dan, ani Humphries nie powiedzieli jednego słowa, gdy George ostrożnie stawiał tacę na biurku i szybko, po cichu opuszczał gabinet.
— Mam nadzieję, że nie uniemożliwiłem panu zjedzenia obiadu — rzekł Dan, wykonując gest w stronę ciastek.
Humphries zignorował tacę.
— Nie ma problemu. Miło się gadało z pańską sekretarką.
— Naprawdę? — upewnił się cicho Dan.
— Pracowita osóbka. Chętnie bym ją panu podkupił.
— Nie ma szans — warknął Dan. Humphries beztrosko wzruszył ramionami.
— Nieważne. Przyszedłem porozmawiać o obecnej sytuacji. Dan machnął ręką w stronę okna.
