
Wstawał jeden z owych ponurych berlińskich poranków, kiedy słynne tutejsze powietrze nie tyle orzeźwia, co ziębi, kłując twarz i dłonie tysiącem lodowatych igieł. Na Potsdamer Chaussee woda tryskająca spod kół przejeżdżających samochodów przegoniła przechodniów pod ściany budynków. Obserwując ich przez zalaną deszczem szybę March miał wrażenie, że znalazł się w mieście podążających po omacku do pracy ślepców.
Wszystko wydawało się takie normalne. Później to właśnie uderzało go najbardziej. Podobnie jak podczas wypadku na szosie: najpierw wszystko jest w porządku, a potem następuje ta chwila i świat nigdy już nie wraca do swej poprzedniej postaci. Bo przecież nie było nic nadzwyczajnego w fakcie, że wyłowiono czyjeś ciało z Haweli. Zdarzało się to dwa razy w miesiącu — odnajdywano w wodzie pijaków i zbankrutowanych przedsiębiorców, nieostrożne dzieci i zawiedzionych w miłości nastolatków; ofiary nieszczęśliwych wypadków, samobójstw i morderstw; ludzi zdesperowanych, głupich i nieszczęśliwych.
Telefon w jego mieszkaniu przy Ansbacher Strasse zadzwonił piętnaście po szóstej. Nie obudził go. Od dłuższego czasu leżał w półmroku z szeroko otwartymi oczyma, słuchając deszczu. Od kilku miesięcy źle spał.
— March? Z Haweli wyłowiono topielca. — To był Krause, nocny oficer dyżurny. — Bądź tak dobry i zajmij się tym. March odparł, że nie jest zainteresowany topielcem.
— Twoje zainteresowanie albo jego brak nie ma tutaj najmniejszego znaczenia.
— Nie interesuje mnie topielec — powtórzył March — bo nie jestem na służbie. Miałem dyżur w zeszłym tygodniu i jeszcze tydzień temu. — A także dwa tygodnie temu, mógł dodać. — Dzisiaj mam wolny dzień. Zerknij ponownie do swojej listy.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Masz szczęście, March — odezwał się w końcu pojednawczo Krause. — Patrzyłem na dyżury z zeszłego tygodnia. Możesz spać dalej. Albo — zachichotał — robić to, co ci przerwałem.
