Światła wydawały się gęstnieć w wilgotnym powietrzu. Sąsiedzi, wywabieni z domów, w zgodny sposób opisywali małżeństwo zamieszkujące dom: mili, uprzejmi, ale skryci. Wszyscy reporterzy znali tę śpiewkę. O ofiarach zabójstw zawsze mówiło się, że były skryte, niezależnie od tego, czy była to prawda, czy też nie. Tak jakby sąsiedzi chcieli nagle odciąć się od grozy, która pojawiła się jak grom z jasnego nieba.

W końcu zauważył Vernona Hawkinsa, który wychodził z domu bocznymi drzwiami. Stary detektyw umknął policyjnym reflektorom i kamerom telewizyjnym i oparł się o drzewo, jakby był zupełnie wyczerpany.

Znał Hawkinsa od lat, spotykali się przy wielu zdarzeniach. Ten doświadczony detektyw zawsze darzył Cowarta szczególną sympatią, często dawał mu cynk, przekazywał poufne i objaśniał tajne informacje; wtajemniczał reportera w niezwykle ponury żywot detektywa do spraw zabójstw. Cowart ukradkiem prześlizgnął się pod żółtą taśmą policyjną i podszedł do detektywa. Ten zmarszczył brwi, po czym wzruszył ramionami i gestem dał mu znak, żeby usiadł.

Detektyw zapalił papierosa. Przez chwilę patrzył na rozżarzoną końcówkę.

– Takie sprawy to morderstwo – powiedział śmiejąc się ponuro. – Wykańczają mnie. Kiedyś ten proces był powolny, ale się starzeję, więc znacznie przyspieszył.

– Czemu więc nie rzucisz tego? – spytał Cowart.

– Bo nigdy nie odkryłem nic innego, co oddalałoby ode mnie zapach śmierci.

Detektyw zaciągnął się głęboko, a czerwony ognik oświetlił mu zmarszczki na twarzy.

Po chwili milczenia odwrócił się ku Cowartowi.

– No więc, Matty, co wyciągnęło cię w taką noc? Powinieneś siedzieć w domu z tą twoją ładniutką żoną.

– Przestań, Vernon.

Detektyw uśmiechnął się i delikatnie oparł głowę o drzewo.

– Skończysz jak ja. Nie pozostanie ci nic oprócz wałęsania się po miejscach zbrodni.

– Daj mi spokój, Vernon. Co tam się stało w środku?



13 из 563