
Pomyślał sobie, że w Pachouli, mimo że były to lata osiemdziesiąte, jeśli gwałci się i zabija białą dziewczynkę, i do tego robi to czarny mężczyzna, do głosu dochodzi Ameryka w swoim najbardziej pierwotnym wydaniu. Ameryka, o jakiej ludzie woleliby zapomnieć.
Czy to właśnie przytrafiło się Fergusonowi? Z całą pewnością istniała taka ewentualność.
Cowart podniósł słuchawkę, żeby zadzwonić do adwokata, który zajmował się apelacją Fergusona.
Połączenie się z prawnikiem zajęło Cowartowi niemal całą resztę przedpołudnia. Gdy w końcu udało mu się je uzyskać, natychmiast uderzył go jego południowy, lukrowaty akcent.
– Panie Cowart, mówi Roy Black. Co też sprawia, że dziennikarz z Miami zainteresował się sprawami tutaj, w okręgu Escambia? – Słowo „tutaj” wymawiał „tutej”.
– Dziękuję, że pan oddzwonił, panie Black. Interesuje mnie jeden z pańskich klientów. Niejaki Robert Earl Ferguson.
Prawnik roześmiał się krótko.
– Gdy moja pracownica przekazała mi wiadomość od pana, coś mi podpowiedziało, że dzwonił pan w sprawie pana Fergusona. Czego chce się pan dowiedzieć?
– Przede wszystkim proszę mi streścić jego sprawę.
– Wszystkie akta są w tej chwili w stanowym Sądzie Najwyższym. Uważamy, że dowody przeciwko niemu nie są wystarczające do wydania wyroku. I sądzimy, że sędzia nie powinien był brać pod uwagę jego przyznania się do winy. Powinien pan je przeczytać. To chyba najlepiej sformułowany dokument tego typu, jaki kiedykolwiek widziałem. Brzmi, jakby został napisany przez samych policjantów w biurze szeryfa. A bez tego zeznania sprawa praktycznie nie istnieje. Jeśli Robert Earl nie zezna tego, co chcą, żeby zeznał, nie mają po co iść do sądu choćby na dwie minuty. Nawet do najgorszego, zaściankowego, rasistowskiego sądu na świecie.
