
Mühlenkampf przemyślał jego słowa, a potem zaprotestował.
— Ależ to niemożliwe, Herr Kanzler. Żadne siły wojskowe nie mogą się tak zorganizować. Jak by się wyżywili?
Kanclerz zadrżał, przypominając sobie stosy małych ogryzionych kości w śniegu. Zadrżał, a potem nagle uznał, że przyprawienie generała o wstrząs sprawi mu przyjemność.
— Ależ generale Mühlenkampf, oczywiście zjedzą nas.
Nawet zaprawionego w bojach generała SS te ponure słowa oszołomiły.
— Pan żartuje. Pan nie może mówić poważnie. Sto tysięcy dywizji piechoty ze sprzętem lepszym niż to wszystko, co my posiadamy? Może dwadzieścia tysięcy z nich przeciwko nam? Całkowite panowanie w powietrzu i kosmosie? I zeżrą nas, zeżrą wszystkich, jeśli przegramy?
— Nie „jeśli przegramy”, Mühlenkampf. Kiedy.
Günter, dotąd siedzący w milczeniu obok kanclerza, zaczął protestować, ale kanclerz zaraz go uciszył.
— Powiedziałem „kiedy”, Günter, i miałem na myśli „kiedy”. Tylko wielka desperacja mogła mnie skłonić, by znów odziać w mundur generała Mühlenkampfa. Chociaż zgodzę się, że są różne stopnie przegranej, niektóre lepsze niż inne.
Odwrócił się z powrotem do generała.
— Bądźmy ze sobą szczerzy, Mühlenkampf. Wie pan, że komunizm upadł?
— Pamiętam, że myślałem, Kanzler, kiedy jeszcze mogłem myśleć, że chociaż komunizm może i upadł, nie umiem powiedzieć, na czym polega różnica między czerwonym Rosjaninem a zielonym Niemcem.
Günter, zdeklarowany zielony i socjaldemokrata, nastroszył się.
Partia kanclerza otrzymywała spore poparcie zielonych. Mimo to sam musiał przyznać, choćby w duchu, że w swoim czasie ta różnica rzeczywiście była niewielka, przynajmniej między skrajnymi odłamami tych ruchów. A jednak…
— Generale, my, Niemcy, tłoczymy się w tym kraju jak szczury w klatce.
