
Sprawdził linę między grotżaglem a sterem, która utrzymywała siedmiometrowy jacht na właściwym kursie, a następnie wsunął się tyłem do kabiny nie szerszej od trumny, żeby w cieple wnętrza uciąć dłuższą drzemkę.
Pięć tysięcy kilometrów na południe od jachtu, „Prince Charles”, luksusowy transatlantyk o napędzie atomowym, sunął jak płynący masyw skalny przez niewidzialną mgłę nakładających się na siebie fal radiowych w kierunku Georgetown w Gujanie i dalej ku Antylom. Pod klimatyzowaną, pogrążoną w ciemnościach kopułą kilka starszych osób, ziewając z powodu późnej pory, oglądało zaćmienie, a młode pary całowały się dyskretnie i trącały pieszczotliwie nogami w modnych długich, miękkich botkach, z głównej zaś sali balowej dobiegały przytłumione dźwięki przypominające daleki odgłos grzmotu — był to neojazzowy utwór oparty na motywach Wagnera. Kapitan Sithwise policzył na liście pasażerów znanych brazylijskich faszystów, z tych młodych i nieobliczalnych, i pomyślał, że pewno będzie rewolucja.
Ukryta w cieniu pod nowym molo w dzielnicy rozrywkowej Coney Island, szczupła Sally Harris trzymała ręce na szyi pod sterczącymi, trwale naelektryzowanymi włosami i uśmiechając się czekała cierpliwie, podczas gdy Jake Lesher usiłował rozpiąć jej na plecach stanik nie zsuwając eleganckiej czarnej sukienki.
— Wesołej zabawy — powiedziała — ale pamiętaj, że mamy obejrzeć zaćmienie ze szczytu dziesięciostopniowej rakiety w parku. Ze wszystkich dziesięciu szczytów po kolei.
— E, kto by tam chciał się gapić na Księżyc? To nudne, to okropnie nudne — stwierdził nieco zdyszany. — Sal, gdzie do cholery są te haftki i koniki?
— Na dnie kufra twojej babci — poinformowała go dziewczyna; zahaczyła pomalowanymi na srebrno paznokciami o dekolt — dzięki magnetycznemu zapięciu można go było powiększać lub zmniejszać zależnie od nastroju — i szarpnęła w dół.
