
Czwartego prawdziwego przechodnia spotkałem sto metrów dalej. Już zdecydowany zatrzymać go, przeszedłem na drugą Stronę chodnika, gdy niespodziewanie on sam pierwszy zapytał:
– Która jest godzina?
Spojrzałem na zegarek.
– Osiem po jedenastej – odpowiedziałem zaskoczony banalnością jego pytania.
– Dziękuję.
Poszedł dalej.
– A niech to wszystko… – chciałem zakląć, lecz zaraz poprawiłem się. – Zwariować można.
Obejrzał się.
– Cholera mnie już bierze – wyznałem. – Czy nie ma pan przypadkiem prawdziwego papierosa?
– Służę uprzejmie.
Grzebał przez chwilę w kieszeni, aż znalazł rozpieczętowaną paczkę. Podsunął mi ją. Włożyłem papierosa do ust. Był prawdziwy.
– Nie paliłem od samego rana… – zacząłem spokojnym tonem i przerwałem, kiedy nieznajomy oddalił się pośpiesznie. Jedną chwilę! – zawołałem za nim.
Zwolnił niechętnie.
– Słucham.
– Zapałek też nie mam.
Zapalił mi papierosa swoimi zapałkami.
– Co pan właściwie myśli o tych wszystkich manekinach? – pokazałem ręką dookoła siebie.
Zamiast rozejrzeć się po ulicy, gdzie w atmosferze przesyconej zapachem gumy i plastyku roił się wkoło nas gęsty tłum postaci odlanych z masy o barwie ludzkiego ciała, spojrzał przenikliwie na mnie.
– Czyżbym powiedział coś zabawnego? – spytałem podejrzliwie.
– Mam pociąg za cztery minuty – odparł wymijająco.
– Ale co pan o nich sądzi? – zniecierpliwiłem się. – Pytam, ponieważ z obojętności innych ludzi wynika, że nie ma tu wcale żadnego problemu.
– Bo nie ma go rzeczywiście.
– Lecz czy te kukły nie zasługują na jedno słowo komentarza?
– Widzę – przystanął – że szuka pan tutaj kogoś, kto do ulicznego tłumu odnosiłby się z właściwą panu pogardą.
– Ależ tu nie o to chodzi! – zawołałem rozpaczliwie.
Uśmiechnął się i ruszył szybko w kierunku dworca.
