
– Pięknie! A wiesz, która jest godzina?
– Zostaw mnie w spokoju.
Przełożył teczkę z lewej protezy do prawej i zbliżył swoją maskę do mojej twarzy.
– Chyba jednak coś ci dolega, bo minę masz upiorną.
– A ty… gdybyś siebie zobaczył!
– Pomazałem się czymś?
Wyciągnął z kieszeni prostokątny kartonik i zajrzał do niego szklanymi oczami. Kiedy gładził włosy kawałkiem poliniowanej blaszki, peruka zsunęła mu się na maskę twarzy. Zaraz ją poprawił. Najbardziej zdumiewał mnie fakt, że mówił normalnym ludzkim głosem:
– Wcale się dzisiaj nie czesałem.
– A rozejrzałeś się przynajmniej raz w pociągu albo na ulicy?
– Powiedz w końcu, o co ci właściwie chodzi.
– To ty wyduś wreszcie – podniosłem głos – czy też je wszędzie dookoła siebie widzisz. Przestraszył się.
– Co?
– Te cholerne dekoracje! Patrzył w ziemię.
– Widzę – potwierdził po chwili namysłu. Miał na sobie koszulę bez jednego guzika, na stałe przylepioną do sztucznego ciała. – Tak, słowo honoru, Carlos, ja je też dostrzegam. Paskudne są, no nie? I całymi dniami prześladują człowieka.
– Nie całymi dniami, tylko dzisiaj od samego rana.
Nawet nie poruszył głową. Usiadł pod tekturowym parkanem na ziemi posypanej zielonym proszkiem, co z dala wyglądało pewnie tak, jakby siadł na ostrzyżonym trawniku. Coś mu się nagle przypomniało. Pogrzebał w teczce i podał mi pustą butelkę po koniaku. Nie zrozumiałem go; w zamyśleniu upuściłem butelkę pod nogi.
Pociąg zadudnił na dalekim torze. Gdy znów spojrzałem na Ryana, trzymał szyjkę butelki przy swych gumowych wargach i poruszał grdyką.
– Niezły – mlasnął. Otarł usta wierzchem dłoni. – Pociągnij sobie jeszcze raz. To cię postawi na nogi.
To mnie ostatecznie dobiło.
– Czy nie widzisz, baranie, że butelka jest pusta?
Skierował szklane oczy na betonowy słupek, pozorowany kartonowym prostopadłościanem, na którym stał przedmiot naszego sporu. Gdyby nie miał wciąż tej samej nieruchomej twarzy, powiedziałbym, że uśmiechnął się z niedowierzaniem.
