
Roześmiał się ponurym rechotem, którego nauczył się w więzieniu od najbardziej zatwardziałych kryminalistów. Sto metrów dalej poderwało się stadko kuropatw spłoszonych tym dziwnym dźwiękiem. Ich koń zastrzygł niespokojnie uszami, choć powinien już przywyknąć. Wsiedli na wóz i pojechali do domu. Gdy tego wieczora Jakub zaszedł do zagrody Paczenków, dobiegało właśnie końca wieczorne dojenie. W oborze panował dziwny niepokój. Koń przestępował z nogi na nogę, to znów uspokajał się. – Co z nim? – zapytał Józefa. – A nerwowy trochę. Siadaj i poczekaj, już kończę.
Pociągnął jeszcze kilka razy strzyki i klepnął krowę w zad. Zdjął z wiadra gazę i wycisnął pianę do niewielkiego kubka. Następnie przeszedł z nim w kąt obory, gdzie wlał jego zawartość do niewielkiej rurki sterczącej z polepy. – Na co to robisz? – zdziwił się Jakub, który pochlebiał sobie, że zna wszystkie miejscowe zabobony. – Jakby to powiedzieć, dla kotów w piwnicy. Bidne, głodne kotki. – Masz piwnicę pod oborą? Józef wzruszył ramionami. – Czy to ważne. Chodź do chałupy. Naleję ci bimbru. Poszli. Wewnątrz domu panował nieład, znać było brak kobiecej ręki. Jak to u wdowca. Wdrapali się na strych, gdzie sporą część pomieszczenia zajmował solidny kocioł i system rurek tudzież kilka kadzi z zacierem. – Nie boisz się, że ci spadnie na łeb której nocy? – Ni, solidna chałupa. A sufit sam stawiałem. Wytrzyma.
Podłoga posypana była warstwą piasku. W tym piasku leżały butelki pełne cieczy. Jakub podniósł jedną z nich i popatrzył przez nią na zachodzące słońce widoczne w niewielkim okienku. – Lepszy niż Josifa. – Pewno. Ja dbam o swój żołądek. Potrójnie destylowany. O kumpli też dbam. To na łapówkę? – Jako honorarium. – Ty nie wynajmuj żadnych łepków do łamania mu kości. Sypną się przy pierwszej okazji.
