
Nie podobało mu się to miejsce. Było dziwne. W promieniu dwudziestu metrów od chaty gleba była wypalona na suchą glacę. Sterczały z niej smętne pozostałości jakichś badyli. Wyglądało to jak mały kawałek pustyni rzuconej w świat lasów i pól Lubelszczyzny. Zjawisko było o tyle dziwne, że zaledwie dwanaście godzin wcześniej nad okolicą przeszła burza z piorunami i wszędzie wokoło stały kałuże wody. Dom chylił się ku ziemi. Wokoło powtykane w glebę patyki obwieszone kolorowymi szmatkami klekotały ponuro uderzając o siebie. Zdobiąca drzwi krowia czaszka ozdobiona paciorkami skłaniała do refleksji. Jakub zapukał. – Zjeżdżaj – dobiegł go ze środka starczy głos. – Wybacz mistrzu, że cię nachodzę, ale mam ważną sprawę -zaczął. Z wnętrza dobiegł dźwięk oznaczający, że mieszkaniec rzucił w drzwi butem. – Mam prezent – dodał. Wewnątrz panowała przez chwilę cisza. – Ktoś ty? – dobiegło wreszcie pytanie zabarwione ironią. – Jakub Wędrowycz ze Starego Majdanu. Egzorcysta amator. Byłem już tu kilka razy, ostatnio cztery lata temu… – Wejdź buć łaska. – Wszedł. W chacie panował potworny smród. Z boku pomieszczenia znajdowało się palenisko. Dalej stało zapadnięte łoże. Na wprost od wejścia królowało potężne ciężkie biurko, z całą pewnością ukradzione z pałacu. Obok znajdował się rozwalony regał, a na nim kilka rozsypujących się książek. Koło biurka stał dumnie wyprostowany niewysoki staruszek w garniturze. Garnitur zapewne także był kradziony, na oko sądząc, jeszcze przed pierwszą wojną światową, i od tego czasu ani razu nie widział prania. – Nu i czego ty, ha? – zapytał czarownik skrzekliwym głosem. -Ty od duchów, ja od czarów. Na naukie fachu przyszedłeś? – Nie. Mam problem z jednym złośliwym typem. Potrzebna mi twoja wiedza. – Hy! Znaczy co? Chcesz go otruć? – Nie. Chcę na niego rzucić urok. Staruszek zaśmiał się złośliwie. – Urok? Toś dobrzi trafił. Co chcesz? Gorączkę mogę i sraczkę, i świerzb, i włosów wypadanie, nawet zgnilca mogie mu zadać.