
Carellanie machali mackami mijając go. Zdawali się podążać w kierunku stacji.
Clayton skierował uwagę z powrotem na rurociąg. Zaczynał już słyszeć wycie wichru przez ryk diesla. Elektroniczny wiatromierz pokazywał, że wiatr wzmógł się do dziewięćdziesięciu siedmiu mil na godzinę.
Ponuro wpatrywał się w zapiaszczoną szczelinę okna. W oddali majaczyły wyszczerbione wzgórza, niezbyt wyraźnie widoczne przez unoszący się kurz. Coraz więcej kamieni, głucho łomocząc, odbijało się od kadłuba pojazdu. Spostrzegł kolejny carellański okręt i potem jeszcze trzy. Uparcie halsowały pod wiatr.
Uderzyło Claytona, że wielu Carellan kierowało się ku stacji. Nawiązał łączność z Nerishevem.
— Jak ci leci? — spytał Nerishev.
— Jestem już blisko źródła i jak na razie nie ma uszkodzenia — zameldował Clayton. — Wygląda na to, że sporo Carellan udaje się w twoim kierunku.
— Wiem. Sześć okrętów jest przycumowanych do zewnętrznej strony stacji i jeszcze więcej nadciąga.
— Dotychczas nie mieliśmy żadnych kłopotów z tubylcami. Jak to wszystko wygląda?
— Przywieźli ze sobą jedzenie. Może to jakaś uroczystość… — Może. Uważaj na siebie.
— Nie martw się. Ty uważaj i spiesz się…
— Znalazłem miejsce awarii! Później pogadamy Uszkodzenie zasygnalizowała lampka na ekranie. Wyglądając przez luk Clayton dostrzegł miejsce, gdzie głaz przetoczył się przez rurociąg i miażdżąc go poleciał dalej.
Zatrzymał pojazd po nawietrznej stronie rury. Wiało sto trzydzieści trzy mile na godzinę. Clayton wyśliznął się z pojazdu mając ze sobą parę kawałków rury, kilka łączników, lampę lutowniczą i torbę z narzędziami. Wszystko było do niego poprzywiązywane, a on sam był przymocowany do Bydlaka mocną nylonową linką.
Na zewnątrz wicher był ogłuszający. Grzmiał i ryczał jak łamiąca się fala. Clayton zwiększył dopływ tlenu i przystąpił do pracy.
