
Eberhard Mock schodził do byłego sklepu rzeźniczego swojego stryja Eduarda.
– Rumianek i ciepło mleko. Chleje, no to ma za swoje – dochodził z góry głos ojca, który znał remedium na wszelkie synowskie dolegliwości.
Eberhard usłyszał mocne stukanie o parapet okna w izbie na górze. To pewnie ten kretyn Dosche ze swoim parszywym psem – pomyślał – ten kundel znowu nasra na wypucowane schody, a Dosche i mój ojciec będą grali cały dzień w szachy.
Jajecznica ze szczypiorkiem dławiła go jak włos przylepiony do gardła. „Rumianek i ciepłe mleko. Chleje i chleje”. Mock odwrócił się na schodach i ruszył w górę. Jego głowa wychyliła się nad poziom podłogi. Parapet zabrzęczał gwałtownie. Ojciec stał przy oknie i skakał na jednej nodze, na drugiej wisiała pocerowana skarpetka.
– Czy ojciec nie rozumie – wrzasnął Eberhard – że rumianek i mleko gówno mi pomogą?! Ja nie mam kłopotów z zasypianiem, tylko ze snami!
Willibald patrzył na syna, niczego nie rozumiejąc. Tułów znalazł się nad powierzchnią podłogi. Zaciśnięte pięści. Kac szumiący w głowie jak morze. Rumianek i ciepłe mleko. Ojciec zbladł. Nie wypowiedział ani słowa.
– I niech ojciec powie temu zasranemu szachiście Doschemu, żeby nie przychodził tu ze swoim kundlem i nie walił tak mocno w parapet, bo pożałuje. – Nogi Eberharda znalazły się w izbie.
Nie patrząc na ojca, podszedł do miednicy, ukląkł przed nią, zdjął melonik i wylał na swoje falujące włosy kilka chochli wody. Przez szum w uszach zatkanych spływającymi strużkami słyszał głos ojca:
