
Thomas odłożył książki przy ołtarzu i ostrożnie przeszedł między ławkami. Uklęknął przy dziewczynie.
– Co się stało, Mary-Lou? Czy mogę ci w czymś pomóc? – spytał szeptem, choć wyglądało na to, że w kościele są raczej sami.
Dziewczyna podniosła na niego przerażone oczy, twarz miała mokrą od łez.
– Ach, panie Llewellyn, nie wiem, co robić! Oskarżają mnie o kuszenie dzieci, zwabianie ich na służbę diabłu. A przecież nic takiego nie zrobiłam!
Thomas poczuł, jak zimna dłoń zaciska mu się na sercu.
– Wiem o tym, Mary-Lou. Porozmawiam w twojej, sprawie z pastorem, on na pewno zrozumie.
Wypowiadając te słowa, poczuł się nieswojo. Poprzedni pastor był łagodny, pełen wyrozumiałości i troski dla swoich owieczek, nowy natomiast, młody i małostkowy, nie uznawał odstępstw od surowego kodeksu moralnego, współpracował ze srogim sędzią Swiftem i innymi przedstawicielami władzy w Nowej Anglii. Była to prawdziwa teokracja, forma rządów, w której u władzy stał Kościół.
Thomas ze strachem myślał o tym, co się działo w ich nowym kraju. Owo zło, okazywane sobie wzajemnie przez kobiety, nieodwołalne wyroki sądu dla czarownic, skazującego nieszczęsne niewiasty, które padły ofiarą złych plotek, wychodzących nie tylko z ust kobiet.
Thomas nie śmiał oceniać, ile prawdy kryje się w oskarżeniach. Owszem, kilka młodych dziewcząt z chichotem przyznało, że widziały Złego, na dodatek w towarzystwie wielu mieszkańców parafii, ale to było jeszcze za czasów starego pastora, który zdołał ukrócić wszelkie gadanie, twierdząc, że to tylko wymysły młodych, żądnych sensacji panien. O wiele gorsze było ukryte prześladowanie, to, które rozwinęło się później i zdawało się zataczać coraz szersze kręgi.
Wiedział, że podobnie jest i w innych pobliskich miasteczkach.
