
– Skąd zatem własność Francuza wzięła się w świątyni?
– Nie wiadomo. Może zginął w czasie walki i odebrano mu łup?
– A może ukryto tak samo, jak inne klejnoty ze skarbca…?
– Jednakże, obojętne, czyja to własność – mówił głos wicedyrektora Kompanii. – Jeśli traktuje pan sprawę honorowo, każdy rabunek stanowi niebezpieczeństwo. Każde zamieszki…
– O zamieszkach nie ma mowy – odparł głos pułkownika Blackhilla. – Jak panowie sami widzą, nikt o nim nie wie. Nikt inny go nie widział, tylko ja. I tylko ja jeden wiem, gdzie on się znajduje. Z pewnością nikomu tego nie powiem, a miejsce jest ukryte i słabo odwiedzane. Kapłani dbają o nie, ponieważ zabezpieczono tam również pół owego skarbca z pałacu radży Biharu, który, o ile wiem, był wrogiem pańskiego ojca.
Musiał zwrócić się do radży Kharagpuru, z którego ust padła odpowiedź:
– Pokonanym przy pańskiej pomocy…
Więcej Arabella nie usłyszała. Nie mogła tkwić pod drzwiami jadalni, ponieważ służba kręciła się tam i z powrotem, poza tym musiała wrócić do salonu, do pań. To, co usłyszała, jednakże w zupełności wystarczyło. Po drodze w jej umyśle zaczęło błyskać. Tylko on wie… Honorowa sprawa… Rabunek, gdyby ktoś to ukradł, byłoby na niego… A niechby…! Podejrzenia, musiałby tłumaczyć się, usprawiedliwiać… On tego nienawidzi… Och, gdybyż to ktoś ukradł…! Miałby plamę na honorze, wreszcie coś, a kto ukradnie, skoro nikt nie wie… Chyba że ona sama, żona-złodziejka to też hańba i kompromitacja…
Na progu salonu była już zdecydowana. Postanowiła ukraść diament osobiście, jeśli tylko uda jej się dowiedzieć, gdzie on się znajduje.
Sprawę potraktowała poważnie.
Jedynym człowiekiem, którego nieświadomą pomoc musiała sobie zapewnić, był ordynans jej męża. Niewiele młodszy, uczestniczył przy jego boku we wszystkich niemal kampaniach.
