Pułkownik Blackhill przypadkiem znalazł jedyny sposób, w jaki mógł ją karać, nie trawiła bowiem atmosfery ciągłej krytyki, nagany i potępienia, ustawicznych, pozornie drobnych przeszkód i kłód pod nogami, a także ograniczonej przestrzeni. Chciałaby wyjechać konno, nie byłoby koni, mogła jechać na słoniu, słonie okazałyby się niedostępne, tu, w tych okropnych Indiach, nie dałaby sobie z tym rady, a w każdym razie kosztowałoby ją to potworną ilość wysiłków, szarpaniny i zdenerwowania. Znała siebie samą jak rzadko która dziewczyna w jej wieku i w jej czasach i nie miała najmniejszej ochoty narażać się na te wszystkie udręki.

Już po kilkunastu metrach ścieżka stała się wyraźniejsza i łatwiejsza do przejścia, wciąż niezdecydowana Arabella szła ostrożnie, prawie nie powodując żadnego hałasu.

Po pięciu minutach zatrzymała się, zdumiona, że tak to blisko. W zieleni ujrzała zarys budynku, zasłoniętego rozrośniętym gąszczem. Odczekała chwilę, podeszła bliżej, pod nogami poczuła płyty kamienne, popękane, wypchnięte z ziemi korzeniami drzew. Płyty wskazywały kierunek.

Posuwając się krok za krokiem, ujrzała wejście. Nie, to nie mogło być wejście. Kamienne płyty okrążały świątynię i prowadziły na drugą stronę, pod murem z tej strony ich nie było. Znalazła się na tyłach budynku i wejście do świątyni powinno się znajdować po stronie przeciwnej, a to coś, co w pierwszej chwili wydało jej się wejściem, było zwyczajnym pęknięciem starego muru.

Ruszyła na tę drugą stronę, wciąż cicho i ostrożnie, i rzeczywiście, trafiła na front. Znów się zatrzymała i całe szczęście, bo ze świątyni wyszedł nagle jakiś człowiek. Kapłan. Na tle zielonej dżungli, w swoim zielonym sari, w półmroku, Arabella była zupełnie niewidoczna. Czekała bez tchu, kapłan znikł jej z oczu, trwała jednak bez ruchu aż do chwili, kiedy wrócił, niosąc coś w rękach, po czym wszedł do świątyni z powrotem, nie zauważywszy nieruchomej ludzkiej postaci.



23 из 197