
Mnie pchało do zamku. Kochałam stare meble. Ponadto również żywiłam pewne nadzieje…
***
Notariusz umówił się z nami u siebie, w Paryżu.
– Świętej pamięci pani hrabina de Noirmont postawiła sprawę jasno – rzekł bez wstępów głosem osobliwie ponurym. Myślałam, że to z grzeczności, mówiąc o nieboszczce przybiera grobowy ton, ale zaraz okazało się, że przyczyna jest inna. – Panie dziedziczą warunkowo. Mianowicie mogą panie objąć spadek dopiero po spełnieniu tego warunku.
– Jakiego warunku? – warknęła Krystyna.
– Uporządkowanie biblioteki zamkowej…
– Więc jednak…! – wyrwało mi się.
– A kto ma ocenić i zadecydować, że ona już została uporządkowana? – spytała gniewnie moja siostra, wściekła na zwłokę. – I na czym to uporządkowanie ma polegać?
– Ocenić będę musiał ja sam, jako wykonawca testamentu. Panie mają przejrzeć każde dzieło, ustawić wszystko chronologicznie, tematycznie, językowo, to już panie zdecydują… I sporządzić katalog z oznaczeniem miejsca. Powiedzmy: ponumerować szafy i półki.
– Zdaje się, że będzie to galernicza praca? – zauważyłam grzecznie.
– Toteż dlatego nigdy nie została doprowadzona do końca. Osobiście byłbym wdzięczny paniom za pośpiech, ponieważ dopóki ta sprawa nie zostanie zakończona, nie mogę przejść na emeryturę, co już dawno powinienem uczynić. Trzyma mnie w tej kancelarii wyłącznie testament hrabiny de Noirmont, szczerze to wyznaję. A jak zapewne raczyły panie zauważyć, nie jestem już młody.
No owszem. Na moje oko miał mniej więcej sto dwadzieścia lat. Z całego przemówienia oraz z jego tonu wynikało, że prababcia nieźle mu dogodziła. Nam też.
