– Zdaje się, że należało skojarzyć Andrzeja z naszą prababcią – zauważyłam zgryźliwie. – Dogadaliby się w mgnieniu oka.

– A jakbyś zgadła! Ale wygląda na to, że babcia nic nie pokręciła, rzeczywiście w grę wchodzą zioła. I nawet o klątwie mowa.

Odwróciłam zapisaną kartę.

– Rany boskie, osiem stron tych kawałków! Same początki, nie mogła się prababcia chociaż trochę rozpisać…?

– W kółko to samo – skrzywiła się Krystyna. – Ale trudno, wydaje mi się, że z samej grzeczności musimy wszystko przeczytać. Jedźmy dalej. „Kochane moje dziewczynki…"

– Największe urozmaicenie widzę w nagłówkach – mruknęłam z niechęcią.

„…Powinnam wam opisać całą tę historię, tak jak ją słyszałam od mojej matki, a ona od swojej babki. Byłabym pewna, że już wszystko przepadło, gdyby nie te ostatnie wydarzenia. Głupcy! Tu usiłują szukać, tu, gdzie z pewnością go nie ma…"

„Kochane dziewczynki. Jak się wchodzi, to ten pierwszy róg na lewo był początkiem i od rogu w prawo szukałyśmy, moja matka i ja. Przejrzałam cały segment półek, a drugiego trzy czwarte, bo potem zleciałam. Na dole drugiego segmentu było najwięcej i to właśnie przepisałam do brulionu, co trwało bardzo długo…"

„Klątwa ciąży nad tą biblioteką, bo ilekroć któraś z nas zaczynała tę pracę, przytrafiały się jakieś nieszczęścia i kłopoty…"

– Ładna perspektywa – mruknęła Krystyna.

„Kochane dziewczynki. Na starość mam przeczucie, a przed śmiercią ludzie miewają jasnowidzenia, że jeśli uda się wam uporządkować bibliotekę, znajdziecie go. Jest was dwie…"

– Kogo, u diabła, znajdziemy? – zirytowała się Krystyna. – Szkielet, który należy pochować w poświęconej ziemi?!

– Żeń-szenia – podsunęłam zjadliwie. – Korzeń mandragory. Nie będzie Andrzej musiał pchać się po to draństwo do Tybetu.



15 из 202