
Od śmierci rodziców, która nastąpiła tuż przed ukończeniem przez nas piątego roku życia, wychowywali nas dziadkowie oraz liczni wujowie i ciotki. Warunki miałyśmy znakomite, wielka willa w ogrodzie na skraju miasta, wielkopłytowy Ursynów nas nie sięgnął i żaden wysokościowiec nie zaglądał nam w zęby, a za to miałyśmy świeże powietrze i wodę z własnego ujęcia. W dziesięciu pokojach willi doskonale mieściły się trzy rodziny, babka z dziadkiem, wuj z ciotką i jednym dzieckiem, Jureczkiem, młodszym od nas o sześć lat, my obie i Andzia z wnuczką. Andzia dobiegała osiemdziesiątki, czego nikt by po niej nie poznał, trzymała się fenomenalnie i była tak zwaną starą sługą rodziny z czasów jeszcze przedwojennych. Opiekowała się naszą babką w jej okupacyjnym dzieciństwie, wnuczkę zaś sprowadziła z zaprzyjaźnionej wsi, jako swoją następczynię.
– Nie zostanie panna Ludwika bez nijakiej pomocy – rzekła kiedyś stanowczo. – Ja przysięgę składałam. Kazia po mnie nastanie, ona tyż ma nieślubne, niech odchowa, a żyć z jakim, jakby co, może na wiarę. Niech sobie ma dochodzącego.
Interesowało nas nawet przez jakiś czas, czy Kazia ma dochodzącego, ale stało się to nieistotne, to znaczy owszem, bardzo ważne, bo dochodzący Kazi okazał się tak zwaną złotą rączką i załatwiał nam wszystkie naprawy, od czyszczenia rynny poczynając, a na telewizji kablowej i przenośnych telefonach kończąc. Przy telefonach zresztą pilnowała go Krystyna, doskonale zorientowana w temacie, patrzyła mu na ręce i robiła uwagi, podobno z sensem. Dochodzący Kazi oceniał ją wysoko. Dochodzenie do Kazi w obliczu tych wszystkich usług nie miało żadnego znaczenia.
Po maturze odrobinę rozdzieliło nas życie. Krystyna zajęła się elektroniką, a ja historią sztuki. Rychło po studiach stałam się prawie ekspertem w dziedzinie starej biżuterii i meblarstwa, ona zaś wdała się w jakieś dyrdymały komputerowe. Też ją ceniono wysoko.
