
Arianna znów zamilkła, choć jej wargi poruszały się, jakby wciąż przeżuwała opowieść i słowa, które jeszcze nie wybrzmiały. Jej oczy były orzechowe i dalekie.
– Aż pewnego razu, wysoko na górskiej łące, pasterz usłyszał piosenkę, jasną jak sople zawieszone u dachu w lutowy poranek, kiedy pierwszy promień słońca budzi iskry wgłębi lodu. Nie słyszał jej nigdy wcześniej, więc górską ścieżką pobiegł za piosenką. Coraz wyżej i wyżej, a wreszcie stanął w miejscu, gdzie otwierało się wejście do leża smoka i gdzie nie było nic, prócz gołej skały, ponieważ oddech smoka wypalił najdrobniejsze źdźbło. Właśnie tam zobaczył dziewczynę – matka zapatrzyła się w ciemność, a Grazianowi wydało się, że siekiera ojca odezwała się szybszym przestraszonym rytmem – dziecko prawie. Jej włosy były złote jak płomień, bose stopy bielsze od śniegu, we włosach miała czerwony kwiat dzikiej róży. Stała u wejścia do smoczej groty, księżniczka piękniejsza od wszystkich kobiet, więc wystarczająco piękna, aby smok zapragnął jej dla siebie i porwał ją z komnaty, której okna wychodziły na morze błękitne jak niebo, daleko od Bosco Nero i podziemnych jaskiń. Pasterz nie wiedział, że była też wystarczająco mądra – ponieważ w jej żyłach płynęła magia potężniejsza od mocy stregi i leśnej baby – aby pieśnią przywołać kogoś, kto zdoła ją uwolnić.
Arianna przyciszyła głos jeszcze bardziej i jej słowa – lekkie i miękkie jak skrzydła ćmy – zdawały się muskać uszy Graziana. Bał się głębiej odetchnąć, aby matka nie ocknęła się z dziwnego oczadzenia i aby już na zawsze nie pozostał w pół opowieści, z oczyma pełnymi złotowłosej czarodziejki, która stoi na ciemnej krawędzi smoczej groty.
