Wiotkie, młode gałązki smagały jego ramiona, a smugi pajęczyny osiadały na włosach i policzkach. Graziano nie widział ich. Nie widział też lisa, który znienacka wypadł na ścieżkę i uciekł w popłochu, zamiatając kurz rdzawym płomieniem kity, ani sów pohukujących ku niemu trwożliwie znad skraju lasu. W uszach miał jedynie słowa Mirtilli, jej ostry, wysoki krzyk, w którym nie było strachu ni zaproszenia. Ani żadnej innej z rzeczy, które nauczył się rozpoznawać w głosach sąsiadek, kiedy gwarzyły z nim przy studni. Był dzieckiem urodzonym w roku czerwonej śmierci i bardzo dobrze znał głosy kobiet, u których w komorach puste kołyski zasnuwały się warstwą pyłu i goryczy.

W głosie Mirtilli nie było nic prócz szyderstwa.

Dziecko pomoru. Dziecko smoka.

Nie spostrzegł, że w zagajniku uczyniło się bardzo cicho. Dopiero, gdy ścieżka skręciła skrajem piaszczystego żlebu i wywiodła go znów na pustą przestrzeń, przystanął gwałtownie. Nie rozpoznawał tego miejsca. Za plecami miał ciemny obrys puszczy, która zdawała się odsuwać od dróżki i cofać niepewnie. Owionął go przemożny zapach piołunu, dzikiego czosnku i jeszcze czegoś, czego nie umiał nazwać. Nieznana ścieżka sprowadziła go w dół, w głąb kotlinki.

Przedarł się przez zbity gąszcz głogów, czarnego bzu i dzikiej róży. Krzaki zeschniętych malin i jeżyn, tworzące wewnętrzny krąg na dnie niecki, łamały się z chrzęstem pod jego trzewikami. A potem bardzo wyraźnie zobaczył niewielki, niemal niewidoczny pagórek poza łanem trawy, której źdźbła odchylały się na zewnątrz jak w jednym z owych zbożowych kręgów, gdzie tańczą demony. Nic więcej. Tylko pagórek u zbiegu dwóch ścieżek, które w księżycowym świetle bielały odkrytą łachą piasku niczym miękkie podbrzusze smoka.

Piołun i badyle dziewanny pokrytej brunatną łuską przekwitłych kwiatów falowały lekko na szczycie pagórka, lecz powietrze było ciche i nieruchome, jakby nawet wicher nie ośmielił się zapuszczać tak daleko.



8 из 338