
Rozległy się gromkie brawa. Faure uśmiechnął się i parę razy opuścił podbródek: był to jego rodzaj ukłonu. Potem ekran ściemniał.
Doug zamrugał. Ludzie w Grocie poruszyli się jak wyrwani z transu, w powietrzu zahuczały setki rozmów.
— Nie wspomniał słowem o naszej deklaracji niepodległości — zauważyła Joanna.
— Ani o naszej prośbie o przyjęcie do ONZ — dodał Brudnoj.
Doug zerwał się na nogi.
— Nie zamierza też zwołać konferencji prasowej, gdzie reporterzy mogliby zadawać mu pytania.
— Ile mamy czasu do wylądowania żołnierzy? — zapytała Anson.
Doug przycisnął tarczę zegarka; cyfrowy wyświetlacz, który dotąd wskazywał czas lokalny, zmienił się na odliczanie wsteczne.
— Sto jedenaście godzin i czterdzieści osiem minut — powiedział.
— Cóż, szefie. — Anson wsunęła ręce w kieszenie dżinsów.
— Postaraj się coś wymyślić.
Lądowanie minus 111 godzin 48 minut
— Masz rację — powiedział Doug.
Wspiął się na stół i podniósł ręce nad głowę.
— Hej! — zawołał do rozgadanych, rozchodzących się ludzi. — Zaczekajcie! Mam parę słów do powiedzenia.
Zatrzymali się i odwrócili się w jego stronę. Jedni mieli wyczekujące, inni zaskoczone miny.
— Od kiedy wy, lunonauci, tak się rwiecie do roboty? Nie możecie zostać jeszcze parę minut? — Doug wyszczerzył zęby.
— Do diabła, szefie, jak chcesz, będziemy tu siedzieć cały dzień — ryknął ktoś z tyłu.
— Jak postawisz coś do picia — dodał inny.
— Doug nadal uśmiechał się szeroko.
— Żadnego picia. I zajmę wam tylko parę minut.
