
Wnętrze biura było jeszcze mniej pociągające, jeśli to w ogóle możliwe. Znajdowało się tam biurko z komputerem i drukarką, za biurkiem siedział człowiek, naprzeciw biurka stały dwa krzesła, a pod ścianą ciągnął się rząd sześciu krzeseł. Na małym, stojącym naprzeciwko nich stole leżały ulotki rekrutacyjne i trochę starych numerów Time’a i Newsweeka. Byłem tu z Kathy przed dziesięciu laty, oczywiście; podejrzewam, że nic nie zmieniono w umeblowaniu i wyposażeniu, włączając w to archiwalne czasopisma. Zmienił się tylko człowiek za biurkiem. Przynajmniej nie przypominam sobie urzędnika rekrutacyjnego z taką ilością włosów. I z takimi piersiami.
Urzędniczka zajęta była pisaniem na komputerze i nie raczyła nawet spojrzeć na mnie, kiedy wszedłem.
— Proszę chwilę poczekać — mruknęła, reagując odruchem Pawłowa na odgłos otwieranych drzwi.
— Proszę się nie spieszyć — powiedziałem. — Wiem, że macie tu niezły ruch.
Ta próba sarkastycznego humoru została niezauważona i niedoceniona, podobnie działo się w przeciągu ostatnich kilku lat; dobrze było się przekonać, że nie straciłem formy. Usiadłem naprzeciw biurka i czekałem, aż urzędniczka skończy robić to, co robiła, cokolwiek to było.
— Do wpisu czy do zaciągu? — zapytała, wciąż właściwie na mnie nie patrząc.
— Słucham? — powiedziałem.
— Do wpisu czy do zaciągu? — powtórzyła. — Chce się pan wpisać na listę przyszłego zaciągu, czy zaciągnąć się na służbę?
— Do zaciągu, poproszę.
Wtedy w końcu spojrzała na mnie zza pary grubych szkieł.
— Pan jest John Perry — powiedziała.
