— W każdym razie ty już niedługo znajdziesz się po tamtej stronie! — parsknął gerontokrata i zerknął z ukosa na Balvedę. — Chodźmy stąd. — Wziął ją za ramię. — Ten… stwór cuchnie bardziej niż sama cela.

Balveda nawet nie drgnęła. Jeszcze przez chwilę wpatrywała się w więźnia wielkimi oczami o smoliście czarnych tęczówkach, po czym rozłożyła ręce.

— Przykro mi — powiedziała.

Metamorf skinął głową.

— Możesz wierzyć albo nie, ale mnie też — odparł. — Obiecaj mi tylko, że nie będziesz dziś dużo jadła ani piła, Balvedo. Świadomość, że mam przynajmniej jednego sprzymierzeńca, sprawi mi ogromną przyjemność, nawet jeśli będzie nim mój największy wróg.

Chciał, żeby zabrzmiało to lekko i beztrosko, ale jego głos ociekał goryczą. Pospiesznie odwrócił wzrok.

— Obiecuję — powiedziała Balveda, po czym pozwoliła starcowi odprowadzić się do drzwi. W progu przystanęła i ponownie spojrzała w stronę skazańca. Nie spodziewał się tego, więc przyłapała go na tym, że boleśnie wykręca szyję, starając się do końca nie stracić jej z oczu. Dopiero teraz dostrzegł pocisk nożowy, zawieszony w powietrzu na granicy między smugą blasku sączącą się z korytarza a mrokiem wypełniającym celę. Przypuszczalnie towarzyszył kobiecie przez cały czas, on jednak nie zdołał wcześniej wypatrzyć smukłego, poruszającego się bezszelestnie kształtu.

Przez kilka sekund w milczeniu patrzyli sobie w oczy, a potem pocisk drgnął.

W pierwszej chwili pomyślał, że Balveda poleciła miniaturowej maszynie, żeby go zabiła, szybko i bezboleśnie, i serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Jednak pocisk jakby się zawahał, po czym wypłynął na korytarz, kobieta zaś uniosła rękę w pożegnalnym geście. — Bora Horza Gobuchul — powiedziała głośno i wyraźnie. — Żegnaj.



10 из 490