
Za piękne, żeby było prawdziwe – pomyślała nie wiadomo który raz od odebrania tamtego telefonu. Nie była taka głupia, za jaką miał ją ojciec. Pod tą urodziwą buzią krył się intelekt, który wprawiłby świętej pamięci Benny’ego Tylera w osłupienie, a do tego dochodził spryt od lat już pomagający jej w borykaniu się z przeciwnościami losu. Rzadko jednak ktoś to zauważał. Marzyła często o życiu wśród ludzi, dla których jej piersi i kuperek nie byłyby pierwszymi, ostatnimi i jedynymi przymiotami, jakie u niej dostrzegają i komentują.
Zerknęła na Lisę. Mała właśnie się obudziła, jej spojrzenie szybko obiegło pokój i spoczęło z zachwytem na twarzy matki. LuAnn uśmiechnęła się do córeczki. Ale tak naprawdę czy dla niej i dla Lisy można sobie było wyobrazić sytuację gorszą od obecnej? Pracę udawało się jej zazwyczaj utrzymać przez dwa miesiące. Jeśli miała szczęście, przez pół roku. Potem następowała redukcja z obietnicą ponownego zatrudnienia, kiedy przyjdą lepsze czasy, które jakoś nigdy nie nadchodziły. Nie mając świadectwa ukończenia szkoły średniej, wszędzie uznawana była od razu za tumana. Już dawno doszła do wniosku, że zasłużyła sobie na tę etykietkę przez sam fakt kontynuowania związku z Duane’em. Był co prawda ojcem Lisy, ale żenić się z LuAnn ani myślał. Zresztą ona nie parła do małżeństwa. Wcale jej się nie śpieszyło przyjmować nazwiska Duane’a i wiązać się na całe życie z mężczyzną o mentalności smarkacza. Jednak, mimo że sama wychowana w domu, w którym o miłości i czułości mogła sobie tylko pomarzyć, LuAnn była przekonana, że normalna, kochająca się rodzina jest dla harmonijnego rozwoju dziecka podstawą.
