
— A więc jednak ona go zniszczyła…
— Kto — ona?
— Nieważne. Teraz już nieważne. A wy, wy również…
Julka nagle zerwała się na równe nogi — mój Boże, jakże nie na miejscu była teraz ta jej sukienka i te pantofelki z błyszczącymi klamerkami! — przytuliła się do Aszota i zapłakała, zupełnie jak mała dziewczynka, chlipiąc i siąkając nosem, i Ganszynowi stało się jakoś lżej na duszy.
— Aszot — szeptała Julka — przecież pan jest psychologiem, Aszot, jak pan mógł… Przecież on… był załamany. A pan… pan powinien go był… na Ziemię. Już dawno… na Ziemię… A teraz…
Potem jakoś uspokoiła się, wypiła jakieś lekarstwo, które podał jej lekarz ze sputnika-bazy, i Ganszyn ułożył ją w hamaku w kabinie, gdzie zasnęła w tej swojej sukni z wysokim, stojącym kołnierzem.
Musieli jeszcze dwa dni zatrzymać się na „Arabelli”, bo nazajutrz przybył z Ziemi starszy inspektor kosmicznego oddziału Interpolu, szalenie ugrzeczniony i towarzyski, ni to Hindus, ni to Nepalczyk, o nazwisku Rahis Badhidarma. Przysłano go dlatego, że Jansen, jak wykazała sekcja zwłok, umarł na asfiksję, mimo iż zbiornik był nie uszkodzony i pełen tlenu. Inspektor przesłuchiwał Ganszyna, który potem swoje zeznanie musiał powtórzyć na Ziemi. Upłynęło wiele czasu, zanim Ganszyn zrozumiał, że cała sprawa polegała na wskazaniach manometru. Maleńki mikrometeoryt, któremu starczyło siły jedynie na przebicie obudowy manometru i zablokowanie kanału, ten mikrometeoryt zabił Jansena, dlatego że manometr pokazywał zero przy pełnym zbiorniku, a Jansen nie mógł nie uwierzyć przyrządowi, obiektywnemu rejestratorowi drugiej przyrody, i wypadek ten opisany teraz będzie we wszystkich podręcznikach kosmopsychologii i kosmomedycyny, gdzie zarejestruje się go jako „syndrom Jansena” lub coś w tym rodzaju.
