
Obudził się wcześnie i nie wiadomo czemu pierwsze, co pomyślał, było, że ustał wiatr. Potem przypomniał sobie Aniela i własne rojenia z nocy, przed snem; zmieszało go trochę to, że coś podobnego mogło mu w ogóle przyjść do głowy. Leżał jeszcze dobrą chwilę, aż doszedł do przeświadczenia nieco uspokajającego, że te przedsenne, chwiejne obrazy naszły go wprawdzie nie na jawie, ale — w przeciwieństwie do snu, który śni się sam — wymagały nieznacznej tylko, na wpół świadomej pomocy z jego strony. Takie psychologiczne roztrząsania były mu obce, więc z kolei zdziwił się, czemu zaprząta sobie nimi głowę, podniósł się lekko na łokciu i nasłuchiwał; panowała zupełna cisza. Odsunął zasłonę małego okienka tuż przy głowie. Przez mętną szybkę zobaczył mrok przedświtu i wtedy dopiero pojął, że trzeba będzie iść w góry. Zeskoczył z łóżka, by zajrzeć jeszcze do wspólnego pomieszczenia. Robota nie było. Tamci już wstawali. Przy śniadaniu Krull powiedział mimochodem, jakby to jeszcze wczoraj zostało postanowione, że muszą wyruszyć zaraz, bo pod wieczór wyląduje Ampere, a składanie baraku i pakowanie rzeczy zajmie co najmniej półtorej godziny, jeśli nie więcej. A powiedział to umyślnie chyba tak, aby nie było jasne, czy mają iść głównie przez brak danych, czy przez Aniela.
