Krull uznał jednak, że pomoc Pirxa zupełnie nie będzie Anielowi potrzebna, obarczyli więc robota aparatem, szpulami fotograficznymi i, założywszy mu do olstrów pasa odrzutowe patrony, wysłali go w par szczytową masywu podgórskiego.

Robot wyszedł o ósmej rano — Massena wyraził głośno przekonanie, że zrobi swoje do obiadu. Minęła jednak druga, trzecia, potem czwarta, zapadł wreszcie zmrok, Aniel zaś nie wracał.

Pirx siedział w kącie baraku pod kadmową lampą ścienną i czytał dokumentnie roztrzepaną, starą książkę, którą pożyczył jeszcze w Bazie od jakiegoś pilota, ale treść jej prawie doń nie dochodziła. Było mu niezbyt wygodnie. Żebrowana ścianka aluminiowa gniotła w plecy, a powietrze uciekło całkiem z poduszki nadymaka i czuł, jak w pośladki wpijają mu się przez gumowaną tkaninę ostre mutry konstrukcji. Mimo to nie zmieniał pozycji, ponieważ niewygoda jej dziwacznie godziła się z rosnącym gniewem, jaki w nim wzbierał. Ani Krull, ani Massena jak gdyby nie dostrzegli dotąd nieobecności Aniela. Krull, który doprawdy nie był człowiekiem dowcipnym ani też się na humor ni silił, nie wiadomo czemu od samego początku uparł się przy nazywaniu robota Aniołem albo nawet Żelaznym Aniołem, inaczej się do niego nie odzywał i ta w gruncie rzeczy zupełna bzdura tyle razy już irytowała Pirxa, że przez to jedno znielubił kosmografa. Massena miał do robota stosunek zawodowy: wszyscy intelektronicy wiedzą, a przynajmniej udają, że wiedzą, jakie to molekularne procesy i prądy wywołują takie, a nie inne reakcje czy odpowiedzi automatu, przez co wszelkie napomknienia o ich rzekomym psychiźmie przygważdżają jako zupełne bzdury. Niemniej zachowywał się wobec Aniela jak lojalny mechanik wobec swego Diesla: nie dawał przeciążać, lubił za sprawność i dbał o niego, jak mógł.



7 из 31