
Pirx czuł, że spokój, wypełniający barak, który drżał w porywach wichury, jest pozorny. Nie tylko on udawał, że czyta i nie chce jeść kolacji, jakby o niej zapomniał. Tamci dwaj także prowadzili grę, tyleż trudną do określenia, co wyraźniejącą z upływem każdej minuty.
Aniel podlegał, by tak rzec, „w pionie” obsługi technicznej Massenie jako intelektronikowi, a Krullowi znowuż, w charakterze „członka wyprawy”, jako dowódcy. Otóż ewentualny defekt mógł być zawiniony przez każdego z nich. Może Massena czegoś nie dopatrzył, a może Krull niewłaściwie wyznaczył trasę, jaką miał przejść Aniel? Ale to w końcu nie byłoby trudno wykryć i nie taka przyczyna powodowała rosnącą sztuczność powszechnego milczenia.
Krull od samego początku jakby umyślnie pomiatał robotem, bo i przezwał go w sposób godny sztubaka, i nieraz wydawał mu polecenia, od jakich tamci się powstrzymywali, choćby dlatego, że uniwersalny automat nie jest lokajem. A robił to pewnie dlatego, że przez Aniela usiłował nieudolnie, ale uporczywie dosięgnąć Massenę, którego wprost nie ważył się zaczepiać.
