
Dawno, dawno temu…
* * *
Szare dłonie ujęły młot i uderzyły w słupek tak mocno, że, wbił się na całą stopę w miękką ziemię. Jeszcze dwa uderzenia i nie dało się go wyrwać.
Na drzewach wokół polanki ptaki i węże obserwowały wszystko w milczeniu. W bagnie, niby plamy brudnej wody, dryfowały aligatory.
Szare dłonie podniosły poprzeczkę krzyża, umieściły na odpowiedniej wysokości i przywiązały lianami tak mocno, że aż trzeszczało.
Przyglądała mu się. Po chwili przywiązała na szczycie krzyża kawałek lustra.
— Płaszcz — poleciła.
Wziął płaszcz i włożył na ramiona krzyża. Poprzeczka była trochę za krótka, więc ostatnie kilka cali rękawów zwisało pusto.
— I kapelusz — dodała.
Był wysoki, okrągły i czarny. Lśnił lekko.
Lustro błyszczało pomiędzy czernią kapelusza i płaszcza.
— Czy to podziała? — zapytał.
— Tak. Nawet lustra mają swoje odbicia. Musimy zwalczać lustra lustrami. — Zerknęła na smukłą białą wieżę za lasem. — Trzeba odszukać jej odbicie.
— Musi więc sięgnąć daleko.
— Tak. Przyda się każda pomoc. Rozejrzała się po łące.
Wezwała pana Tesco, lady Bon Annę, Hotalogę Andrewsa i Kroczącego Szeroko. Prawdopodobnie nie byli najlepszymi bogami. Ale byli najlepsi, jakich potrafiła wymyślić.
* * *
To jest opowieść o opowieściach.
Albo o tym, co naprawdę znaczy być wróżką i matką chrzestną.
Ale też, zwłaszcza, o zwierciadłach i odbiciach.
W całym wszechświecie żyją prymitywne plemiona
Zwykły przesąd. Ale przesądy nie muszą być fałszywe.
Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzonego szkła, nie grubszego niż tchnienie.
Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko.
Spójrzmy w lustro…
…głębiej…
