
Śmierć milczał. Z jego punktu widzenia, pomyślała Dezyderata, przegrywanie to coś, czego każdy w końcu się uczy.
Dopiła herbatę. Potem wstała, ceremonialnym gestem wcisnęła na głowę szpiczasty kapelusz i wyszła przez kuchenne drzwi.
Kawałek za domem, między drzewami ktoś wykopał głęboki dół, do którego przewidująco wstawił krótką drabinę. Dezyderata zeszła na dno i z wysiłkiem wyrzuciła drabinę w krzaki. Położyła się. I usiadła.
— Pan Czert, troll, mieszka koło tartaku, ma bardzo dobre ceny na trumny. Jeśli nie przeszkadza ci sosna. NA PEWNO BĘDĘ O TYM PAMIĘTAŁ.
— Kazałam kłusownikowi Hurkerowi wykopać dla mnie ten dół — wyjaśniła Dezyderata. — W drodze do domu zajrzy tu jeszcze i go zasypie. Lubię porządek. Do dzieła, maestro.
SŁUCHAM? AHA, TAKIE POWIEDZENIE.
Wzniósł kosę.
Dezyderata Hollow odeszła na wieczny spoczynek.
— No tak — powiedziała. — To było łatwe. I co teraz?
* * *
A oto Genoa. Magiczne królestwo. Diamentowe miasto.
Szczęśliwa kraina.
W samym środku miasta między dwoma zwierciadłami stoi kobieta i przygląda się sobie, odbijanej w nieskończoność.
Same zwierciadła także stoją pośrodku ośmiokąta zbudowanego z luster i otwartego na niebo, na najwyższej wieży w pałacu. Dają tyle odbić, że tylko z najwyższym wysiłkiem można odróżnić, gdzie kończą się lustra, a zaczyna prawdziwa osoba.
Nazywa się lady Lilith de Tempscire, choć w czasie swego długiego i pełnego wydarzeń życia nosiła wiele imion. To coś, jak odkryta, czego człowiek uczy się bardzo wcześnie. Jeśli chce do czegoś dojść — a ona na samym początku postanowiła, by dojść tak daleko, jak to tylko możliwe — powinien traktować imiona lekko i gromadzić moc wszędzie, gdzie ją znajdzie. Pochowała trzech mężów, z których co najmniej dwóch było już martwych.
I trzeba dużo podróżować. Większość ludzi prawie wcale nie podróżuje. Wystarczy zmieniać kraje i imiona, a jeśli ma się odpowiedni sposób bycia, świat jest otwartym mięczakiem. Na przykład wystarczyło przejechać ledwie sto mil, by stać się lady.
