
Zdecydowałam się na Trojankę, Krzemienia i Nasturcję, dołożyłam im jeszcze Sitwę, bez sensu, Trojanka pierwsza gra. Wróciłam na górę, Maria przyszła po dłuższej chwili.
– Sarnowski mi kończy – powiedziała filozoficznie. – Popatrz, gram to przez pomyłkę, pomieszały mi się gonitwy, to miało być od drugiej, a ja zagrałam, tu patrz, od pierwszej. Ekstaza, Florian i Krzemień, to miało być Mimoza, Trojanka i Sarniak.
– Mimoza nie przyszła, więc nie masz czego żałować.
– Nie mam. Jak ten Krzemień, bo nie zdążyłam zobaczyć?
– Bardzo dobrze. Nikt go nie gra, powinien przyjść.
– Nie grają?
– Wcale.
– No to ma szansę. Ale to już byłoby za dużo szczęścia.
– Wcale nie wiem. Przypomnij sobie, jak nieboszczyk pan Artur wygrywał w sobotę straszne fuksy, a potem okazało się, że grał z niedzielnego programu. Zdążyłaś z tą triplą?
– Zdążyłam. Derczyk, ściana i Derczyk, kto jedzie w szóstej?
– Nie wiem, nie spojrzałam.
Wrócił skądś Miecio i od razu objawił się szatańskim chichotem. Powiadomił nas, że przychodzi Balbina.
– Mieciu, czyś zwariował? – spytałam ze zgrozą. – Najgorszy koń w kupie!
– Nie szkodzi. Dawaj, Balbina!
– A co zrobi Trojanka? – spytała Maria z irytacją. – Co zrobi Krzemień? Co zrobi Diodor i Sitwa? Nogi połamią? Mieciu, przestań!
