
– Ale że Derczyk tak ładnie wszedł? – zdziwił się Waldemar.
– Jaki Derczyk, Gomorek! Gomorek jedzie!
– Jak to…? O cholera, zmiana jazdy! Nie zauważyłem…
– Derczyk i Gomorek to dżokeje? – upewniła się nerwowo dziewczyna.
Przyświadczyłam. Jej towarzysz nie zwracał na nią żadnej uwagi, interesowały go wyłącznie konie. Bryś zawrócił Mimozę, chłopak stajenny przyprowadził Saronga, Celia zrezygnowała z oporu i pozwoliła się wepchnąć do boksu. Przestałam słuchać pytań dziewczyny.
– Poszły! – zawołał Jurek.
– Ruszyły – zakomunikował głośnik beznamiętnym, damskim głosem. – Prowadzi Celia, na drugim miejscu Florian, trzecia Szprotka. Na trzecie miejsce przechodzi Sarong. Celia, Florian, Sarong…
– Celia to już wisi! – oznajmił gromko pan Edzio.
– Co on…? – zaniepokoił się pan Marian. – Z miejsca do miejsca chce…?
– Florian odpadnie – przepowiedział stanowczo pułkownik. Wszyscy gadali równocześnie. Nie powiedziałam, co myślę o pułkowniku, bo nie wypadało mi się wyrażać. Florian to był mój osobisty faworyt, koń po Derczyku. Grałam go z trzema i miałam wielkie nadzieje, a odpaść powinna Celia.
Na fotel koło mnie padła w zdyszanym pośpiechu Maria, moja przyjaciółka, wychyliła się, patrząc w szybę. – Co przyszło w pierwszej? – spytała w napięciu. – Ekstaza! – warknęłam pod nosem.
– Nie mów? Poważnie? Co tam idzie?
– Celia z Florianem.
– Wygra Sarong – wyprorokował bezapelacyjnie Jurek.
– Ale co pan, jaki tam Sarong! – zaprotestował gwałtownie pan Edzio. – Celia lekko idzie!
– Przed wyjściem na prostą do przodu przechodzi Florian – mówił głośnik nad moją głową. – Na prostą wyprowadza Florian…
– I ucieka! – wrzasnął ktoś ze zgrozą.
Florian rzeczywiście wyrwał do przodu i oddalił się o kilka długości. Szedł jak maszyna. Za nim leciała Celia z Sarongiem.
