– Dzień dobry państwu – powiedział jeden z nich.


– Dzień dobry państwu – powiedział Matysik, zawiązując sznurek wokół palika. Najważniejsze, to odgrodzić się od „kontaktu”. Sznurek był jedyną skuteczną metodą. Inaczej wszyscy podejdą bliżej i… – Jesteśmy z sekcji likwidowania wycieków – wskazał na tablice z odpowiednimi napisami, przymocowane do burt samochodu. – Proszę, żeby wszyscy zebrali się w holu pensjonatu…

– A po co? – zapytał „profesor”.

Boże… Polski naród. Jakby to byli Niemcy, Anglicy, Amerykanie czy Rosjanie, wszystko poszłoby sprawnie. A tu zawsze ktoś musiał zapytać: „A po co?”. Tu zawsze ktoś nie stosował się do procedur, zadawał pytania. Wszyscy rozłazili się, nie było żadnej dyscypliny – to po prostu Polacy. Nie było i nie będzie dla nich żadnych autorytetów, żadnej władzy, której należałoby słuchać, żadnych przepisów niemożliwych do złamania. Opanowanie grupy letników tylko we dwóch zakrawało na cud. W Ameryce wystarczyłby pewnie jeden policjant. Tam ludzie współpracowali z władzą. Tu nie. Nigdy. I pod żadnym pozorem. Każdy wiedział swoje lepiej niż jakakolwiek władza. Na szczęście po kilkunastu poprzednich wpadkach procedurę opracowano dość dobrze.

Nauka na własnych błędach. Cholernie kosztowna nauka.

– Proszę państwa – Matysik uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Wybił rurociąg biegnący pod ziemią. Proszę nie podchodzić do naszego samochodu. Mamy tam bardzo niebezpieczne chemikalia z Bełchatowa – recytował zdania z Instrukcji Postępowania. – Auto jest skażone. Przyjechaliśmy prosto z akcji w kopalni.

Nikt nie skojarzył odległości Pieczysk i Bełchatowa. „Bełchatów” to było słowo-klucz. Czysto psychologiczny trick. Tę nazwę znał każdy. Tyle że, oczywiście, zachowanie Polaków było, jak zwykle, mało przewidywalne.



8 из 382