
– Tylko czyj? Cudzym pan jeździ?
– Chwilowo. Do jutra. Mój stoi w warsztacie, jutro go odbieram. Taki zastępczy mi dali, bo to znajomy warsztat.
– Bardzo dobrze…
– Byłoby jeszcze lepiej, gdyby był kradziony – stwierdził Witek. – Nie ukradł go Witka, nawet wzrost macie podobny…
– Witek grubszy – mruknęła Małgosia.
– liii tam, parę kilo… Julita, ten czerwony żakiecik spisujesz na straty, zostawiasz go u mnie, może się kotom spodoba. Kupię ci inny, zresztą, do rudych włosów czerwone nie pasuje. Trudno, skoro od razu nie wezwaliście policji, teraz przepadło, musimy się ukrywać. Może to nawet lepiej, zrobilibyśmy im niepotrzebne zamieszanie.
– A zapalniczka? – przypomniała ostrzegawczo Małgosia. – Bo skoro Julita w takiej sytuacji zauważyła, że ta hipotetyczna siostra to megiera, to ona musi być rzeczywiście megiera. I co, jak co, ale głowę daję, że na rąbnięcie zapalniczki zwróciła uwagę. Takie widzą wszystko!
Z niebotyczną naganą popatrzyłam na moją nietaktowną siostrzenicę.
– Jakie rąbnięcie? Jakiej zapalniczki? Pierwsze słyszę. Ta moja, tutaj, stoi na stole… no dobrze, na różnych moich stołach… od prawie trzydziestu lat.
Wszyscy widzieli! Nikt jej nie kradł!
– A możesz to udowodnić, że ona twoja?
Triumfalnie odwróciłam zapalniczkę do góry nogami i pokazałam wszystkim. Sama też spojrzałam.
I zamarłam.
Dookoła spodu mojej zapalniczki biegł srebrny pasek, na którym wygrawerowany został napis: Meilleurs voeux pour Joanna des amis danois Karen et Helge 1976 a. Czyli: „Najlepsze życzenia dla Joanny od duńskich przyjaciół Karen i Helge 1976 r.". Że z drobnym błędem, to bez znaczenia, Duńczycy mi życzyli, nie Francuzi.
Na tej zapalniczce nie było niczego. Nawet srebrnego paska.
No i teraz dopiero zaczęła się polka z przytupem…
Możliwe, że ostateczna decyzja, jaką wszyscy podjęli, była nie bardzo humanitarna i niekoniecznie praworządna, ale w końcu nikt z nas świętej pamięci; ogrodnika nie kropnął, nikt, zatem nie szastał się przesadnie wyrzutami sumienia i nie czuł na sobie ciężaru, jakim byłby obowiązek odnalezienia zabójcy. Nie mnie jednej zapewne pan Mirek się naraził i, szczerze mówiąc, dla nieznanego sprawcy wszyscy] mieli pełne zrozumienie. Zgodnie postanowiliśmy milczeć niczym zmurszałe głazy.
