– Drugiej – poprawił delikatnie pan Ryszard. -Pierwsza, to lita skała.

– Skamieniała glina!!! Miał wyrzucić!!! Płaciłam bez słowa i wcale tego nie chcę!!!

– Trzeba było nie płacić – skarciła mnie zimno Małgosia.

– Gąszcz jaśminu, a gdzie bez?! Tyle, co kot napłakał!!!

– Niech się pani nie martwi, choinki już usychają, a bez miał przesuszone korzenie – pocieszył mnie pan Ryszard. – I tak trzeba będzie dosadzić na nowo.

– Głupiej maliny, głupiej jeżyny, głupiej porzeczki nie potrafił posadzić! Od tej brzozy jestem chora, nie taką chciałam!!! Wiśnię mi wpychał, nie cierpię wiśni! Rachunki wystawiał jak za ogrody Semiramidy…!

Małgosia miała już dosyć mojej awantury.

– Toteż ostatniego mu nie zapłaciłaś i słusznie. Dziwię się tylko, że w tej sytuacji w ogóle ośmielił się przyjść. Po co przyszedł?

– Po pieniądze! – warknęłam. – Miał nadzieję, że moje zidiocenie jest trwałe.

– Albo nie wiedział, że sprawdziłaś ceny…?

– Proponował iglaczki i czerwony dąbek – wtrąciła się z westchnieniem Julita. – Nie wiedział, że cię nie ma, a o pieniądzach nie mówił ani słowa.

Popatrzyłyśmy z Małgosią na nią i na siebie wzajemnie.

– Zaskoczyła – orzekła Małgosia ze zgorszeniem i odrobiną współczucia. – Widać jej z twarzy. Podrywał ją, jak paw w czasie rui.

– O Boże…! -jęknął Witek.

Też mi jakoś paw do rui nie pasował, dzięki czemu ochłonęłam. Ogrodnik Mirek był z pewnością bezczelnym naciągaczem, ale nie kretynem, moją ufną głupotę wywęszył w mgnieniu oka i bezbłędnie. Zważywszy jednak, iż nie żywiłam się zupką dla bezrobotnych i nie sypiałam pod mostem, powinien był dopuszczać istnienie jakichś granic matołectwa klientki, zatem, na co liczył? Zaryzykował po prostu?

– Co mu powiedziałaś? – nacisnęłam Julitę.



6 из 298