
Omówiwszy z detalami wszystkie inne osoby, pracowników pana Ryszarda, stolarza, Tadzia i Witka, nie mając pojęcia, że jedną osobę udało się wszystkim całkowicie pominąć, na przestępcę wytypowaliśmy ogrodnika. Zły, że już więcej ze mnie nie wydoi, zrekompensował sobie rozczarowanie.
Uparłam się odzyskać przedmiot.
– Masz dwie możliwości – powiadomił mnie bezlitośnie Witek. -Jechać do niego i dać mu po mordzie albo zawiadomić policję.
– Akurat, policję! – prychnęła wzgardliwie Małgosia. – Palcem o palec nie stukną ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Ile ona była warta, ta zapalniczka?
– A bo ja wiem? Sto złotych? Dwieście? Może więcej, bo to Ronson.
– Nawet gdyby była warta dwieście tysięcy, też i nic ci z tego nie przyjdzie. On się w ogóle wyprze, a nakazu rewizji żaden prokurator im nie da.
– Przeszukania – poprawiłam, kiwając zarazem; głową, bo byłam takiego samego zdania. – To się nazywa przeszukanie. Po mordzie…? Też się wyprze. Chyba żeby mu zagrozić uszkodzeniem urody.
– O, to jest myśl! – pochwaliła Małgosia.
Julita westchnęła ciężko i zajrzała do pustego kieliszka, czym prędzej poleciłam, zatem Witkowi otworzyć następny napój, polecenie spełnił pan Ryszard, bo był bliżej stołu. Brzęknął gong u furtki, pojawił się Tadzio, który zaniepokojony pytaniami o zapalniczkę, zahaczył o mnie w drodze z pracy do domu. Na wstępie spróbował camembert i trochę płynnej już masy serowej zrzucił sobie na spodnie, co go nieco zdenerwowało.
– O kant tyłka potłuc te wasze praworządne metody – oznajmił z goryczą. – Po jakiej tam mordzie, drutem kolczastym związać i nad mrowiskiem zawiesić, to by może coś dało. Bo tak zwyczajnie, to jeszcze nie było wypadku, żeby okradziony zwrot swojego mienia od złodzieja dostał. Co wy wszyscy, dzieci?
