
– Musimy już iść – powiedziała Marilyn. – Spóźnimy się na lot.
John skinął ze zrozumieniem i otarł łzę.
– Wiem. Obiecaj, że to przemyślisz.
– Oczywiście. Pomyślę – niemalże warknęła. Opamiętała się. Westchnęła raz jeszcze. Nie chciała, aby wiedział, że jest zagniewana. – Tylko o tym ostatnio myślę – dodała łagodnie.
Uniosła ręce i zarzuciła je mężowi na szyję. Objął ją i gwałtownie i mocno przytulił.
– Uważaj – jęknęła – połamiesz mi żebra.
– Kocham cię – odpowiedział stłumionym głosem. Wtulił twarz w zagłębienie jej ramienia.
Szczerze odwzajemniwszy uścisk, Marilyn zawołała dziewczynki i razem skierowały się do wyjścia. Kontrolerowi przy drzwiach pokazała przepustki na pokład, przepchnęła przed sobą córki i poszła rękawem do samolotu. Idąc, machała jeszcze do Johna przyglądającego się przez szybę z poczekalni. Gdy wchodzili na pokład, machnęła raz jeszcze. To miał być ostatni gest pożegnania.
– Czy będziemy musieli się przeprowadzić? – jęknęła pytająco Lydia. Miała dziesięć lat i chodziła do piątej klasy.
– Ja się nie przeprowadzam – odezwała się Tamara. Miała jedenaście lat i silną wolę. – Przeprowadzę się do Connie. Powiedziała, że mogę z nią zamieszkać.
– I jestem pewna, że przedyskutowałaś to z jej mamą -wtrąciła się sarkastycznie Marilyn.
Walczyła ze sobą z całych sił, aby dziewczynki nie widziały łez w jej oczach. Pozwoliła, aby pierwsze wsiadły do małego samolotu śmigłowego. Skierowała je na wyznaczone fotele i stoczyła kłótnię na temat, kto ma siedzieć oddzielnie. Fotele ustawione były bowiem po dwa.
Córkom, które usilnie domagały się wyjaśnień, wytłumaczyła, jaka, ogólnie rzecz biorąc, czeka ich przyszłość. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, co będzie najlepsze dla rodziny. Samolot zapuszczał silniki z takim warkotem, że dalsza rozmowa stawała się niemożliwa. Gdy maszyna opuściła terminal i kołowała na pas startowy, Marilyn przycisnęła nos do okna. Zastanawiała się, skąd weźmie dość siły na podjęcie decyzji.
