Jack nalał sobie kawy i podszedł do biurka, przy którym pracowała Laurie.

– Coś szczególnie interesującego? – zapytał, zaglądając koleżance przez ramię.

– Zwykłe rany postrzałowe. Przedawkowanie prochów.

– Ohyda – wzdrygnął się Jack.

– Nie lubisz przedawkowań?

– Nie. Wszystkie są takie same. Lubię niespodzianki, które są wyzwaniem.

– Miałam kilka przypadków przedawkowania, które doskonale pasowały do tej kategorii. Ale to było w pierwszym roku pracy.

– Co z nimi?

– To długa historia – Laurie odpowiedziała wymijająco. Wskazała na jedno z nazwisk na liście. – Oto przypadek, który może się wydać ciekawy: Donald Nodelman. Diagnoza: nie zidentyfikowana choroba zakaźna.

– To z pewnością będzie lepsze niż przedawkowanie -odparł Jack.

– Nie sądzę, ale jeśli masz ochotę, proszę, jest twój. Nie lubię zajmować się przypadkami chorób zakaźnych, nigdy nie lubiłam i nigdy nie polubię. Kiedy robiłam powierzchowne badania, skóra mi cierpła. Cokolwiek to było, było piekielnie agresywne. Ofiara miała rozległy podskórny wylew krwi.

– Nieznane może stanowić wyzwanie – skwitował Jack. Wziął z biurka Laurie papiery. – Zajmę się tym z przyjemnością. Zmarł w domu czy w pracy?

– W szpitalu. Przywieźli go z Manhattan General. Ale przyjmowali go nie z powodu infekcji, był cukrzykiem.

– Zdaje mi się, że Manhattan General jest szpitalem AmeriCare – pomyślał na głos. – Czyż nie?

– Tak sądzę. Dlaczego pytasz?

– Ponieważ to mogłoby zamienić nasz przypadek w osobistą nagrodę. Może będę miał dość szczęścia i stwierdzę, że to coś takiego jak choroba legionistów. Nie mogę myśleć o niczym przyjemniejszym niż wywołanie zgagi u bossów AmeriCare. Marzę, aby zobaczyć ich, jak się wiją w bólach.



17 из 399