
– Przyznaję się do pomyłki – Dick skwitował wykład. – Więc jak się natknąłeś na tę chatę?
– Kompletny przypadek. Znaleźliśmy ją, kiedy buldożer przygotowywał tę drogę. Przekopaliśmy tunel.
– Czy to wszystko ciągle tam jeszcze jest? – zapytał zaniepokojony Dick. – Bałem się lotu tutaj. To znaczy, nie chciałbym, aby cała wyprawa okazała się jedynie stratą czasu.
– Bez obaw. Nic nie zostało ruszone. Co do tego możesz być pewien – uspokoił przyjaciela Ron.
– Może na tym obszarze jest więcej domostw – zastanowił się Dick. – Kto wie? To przecież może być wioska.
Ron wzruszył ramionami.
– Może i tak. Ale nikt nie chce się o tym przekonywać. Jeśli ktoś z odpowiedniego urzędu zwietrzy tę sprawę, zatrzymają budowę rurociągu do nowego pola. A to oznaczałoby klęskę, ponieważ musimy skończyć rurociąg przed zimą, a u nas zima zaczyna się w sierpniu.
Ron zwolnił i przyglądał się teraz uważnie poboczu drogi. Nagle zahamował tuż przy małym kopcu. Przytrzymał Dicka za ramię, dając mu do zrozumienia, żeby nie ruszał się ze swojego miejsca, i obejrzał się za siebie, czy nikt nie nadjeżdża. Upewniwszy się, że są sami, wygramolił się z jeepa i gestem nakazał Dickowi zrobić to samo.
Sięgnął do tyłu samochodu i wyciągnął dwie stare, pobrudzone błotem peleryny i rękawice robocze. Wręczył Dickowi jeden komplet.
– Będziesz tego potrzebował – wyjaśnił. – Znajdziemy się poniżej wiecznej zmarzliny. – Znowu sięgnął do jeepa i wyjął dużą, wielce użyteczną w podobnych wyprawach latarkę. – W porządku – odezwał się wyraźnie podenerwowany. – Nie powinniśmy tutaj zbyt długo zostawać. Nie chcę, żeby ktoś przejeżdżający drogą zaczął się zastanawiać, co też tu się, do diabła, wyprawia.
Ron ruszył na północ od drogi, a Dick podążył za nim jak za przewodnikiem.
