
– Gdzie to jest? – warknęłam.
– Tutaj.
Sięgnęłam po dużą, grubą, foliową torbę i ręka mi opadła.
– Na litość boską, coś ty tam wepchnął, platynę?! To waży sto kilo!
– Tylko sześć i pół. Są to rezultaty moich dociekań w kwestii, która ciebie również interesuje. Z pewnych względów nic mogę trzymać tego w domu. Nie musisz przecież wchodzić z tym na górę. A rzecz dotyczy… Zdaje się, że na imię mu Paweł?
W jednym błysku olśnienia zrozumiałam, co mu tkwiło belką w oku przez te wszystkie lata. Odstawiłam torbę.
– Powiedz mi zaraz, o co chodzi – zażądałam wściekle.
– Nie – odparł na to. – Powiem ci, jak wrócisz z kluczykiem.
Patrzył na mnie, ale byłam idealnie przezroczysta i gdzieś za mną ujawniała się nieograniczona przestrzeń. Znałam go, wiedziałam, że prędzej rozbiorę ten budynek do fundamentów, niż wyduszę z niego bodaj jedno słowo. Rozsądek kazał pójść na ugodę.
Zaprezentowałam akustycznie ten suchy pieprz i piaski pustyni.
– Dobrze. Za dwie godziny.
Nie do pojęcia, ale zawahał się nagle.
– Przy okazji zwracam ci uwagę na ruiny altanki – powiedział obojętnym głosem.
Cud, że mnie szlag nie trafił. Postanowiłam granitowo, że za te dwie godziny raczej przyrosnę mu do podłogi, niż wyjdę stąd niedoinformowana. Zabiję go, najlepiej będzie… Drzwi otworzy, bo zależy mu na kluczyku. Zła jak piorun, pełna niechęci, płonąca emocją, którą za wszelką cenę starałam się ukryć, podniosłam torebkę i przypomniałam sobie, że przecież tu wrócę. Jeszcze raz będę się pchała na przeklęte czwarte piętro. Dosyć tego, niech przynajmniej włażę bez obciążenia, nie wiem, co mam w tej torebce, ale nie będę tego nosiła!
