
– Dodamy dobry tuzin groszy – przekonywał szypra nie zrażony kapłan – jak dziewkę rybom na żer rzucisz.
Stary z namysłem skubał brodę i Twardokęsek przeczuwał, że jeśli kapłan podwoi stawkę, na pokładzie rozpęta się jatka.
Ostatni z przybyłych roztrącił rybaków i kilkoma krokami przesadził pokład. Nagle zbójca sobie przypomniał. To było wtedy, jak w karczmie przy gościńcu zobaczył wizerunek własnej gęby. Był tam i inny konterfekt. Też wisiał na drzwiach gospody, ale nie obok Twardokęska, nie, nie z plebsem, tylko w najwyższym rzędzie, ponad pozostałymi. Toć to syn starego władcy Żarników, zwanego obelżywie Smardzem, pomyślał zbójca. Wygnaniec z ojcowizny. Bezimienny. Zaprzaniec.
Twardokęskowi zaschło nagle w gardle. Wężymord płacił za Smardzowego syna czystym złotem. I to płacił więcej, niż książątko ważyło.
– Toż to jest żalnicki wygnaniec – szepnął cicho do Szarki. – Starego Smardza nasienie…
Dziewczyna odwróciła się ku zbójcy, ale nie zdążyła o nic zapytać, bo w tejże chwili przypadł do nich sam książę.
– Co znów knujesz, niewiasto? Gdzie jadziołek? – warknął.
– Poluje. Szukałam cię…
– Ja bym się dał odnaleźć! – zarechotał jeden z poławiaczy.
– …ponieważ jest pomiędzy nami pewien dług. I obietnica… – ciągnęła Szarka.
– Masz jeden dług – przerwał. – Plugastwo, którym mnie zeszłej nocy poszczułaś.
– Niechże ją Przemęka zdzieli w łeb i do wody! – poradził kapłan. – Rusz się, Przemęka!
– Stul pysk, głupi! – ostro powiedział ten z ciemną tarczą najemnika. – Patrz, co ona nosi na głowie.
Wszyscy popatrzyli.
Twardokęsek uznał, że na razie są bezpieczni i znów zaczął rzygać.
