
Nie miał żadnego planu. Wycofał się tylko — jak ludzie, którzy czują, że są atakowani — na pozycję łatwiejszą do obrony, to znaczy w przeszłość. A potem wydarzyło się coś, co podziałało na niego tak, jak na badacza dawnych gadów podziałałoby odkrycie plezjozaura w sadzawce ze złotymi rybkami.
Pewnego upalnego popołudnia, mrużąc oczy, wyszedł na dwór po całym dniu spędzonym w towarzystwie minionej chwały. I nagle zobaczył twarz przeszłości, idącej niespiesznie i przyjaźnie kiwającej głową do przechodniów.
Edward nie potrafił się opanować.
— Hej, ty! — zawołał. — Kim j-esteś?
— Kapral Marchewa — odpowiedziała przeszłość. — Nocna straż. Pan d’Eath, prawda? Mogę w czymś pomóc?
— Co? Nie! Nie. Masz p-ewnie ważne sprawy.
Przeszłość skinęła głową, uśmiechnęła się i poszła dalej, w przyszłość.
* * *
Marchewa przestał wpatrywać się w ścianę.
„Wydałem tzry dolary na ikonograf który, jest takim pudełkiem ze skzratem w środku co maluje obrazki różnych rzeczy, to straszny szał ostatnio. Dołączam obrazki mojego pokoju i moich pzryjaciół ze Straży. Nobby to ten, co robi Zabawny Gest, ale to Nieoszlifowany Diament i w głębi serca dobra dusza.”
Znów przerwał. Pisywał do domu co najmniej raz w tygodniu — krasnoludy zwykle tak robią. Marchewa miał dwa metry wzrostu, ale został wychowany jako krasnolud, a dopiero potem jako człowiek. Wyczyny literackie nie przychodziły mu łatwo, jednak się nie poddawał.
Pisał bardzo powoli i bardzo starannie:
„Pogoda wciąż jest Niezwykle Upalna…”
* * *
Edward nie mógł uwierzyć. Sprawdził zapisy. Potem sprawdził jeszcze raz. Zadawał pytania, a ponieważ były to pytania w zasadzie niewinne, ludzie udzielali mu odpowiedzi. W końcu pojechał na wycieczkę w Ramtopy, a tam ostrożne śledztwo doprowadziło go do kopalni krasnoludów pod Miedzianką, a następnie na niczym się niewyróżniającą polankę w bukowym lesie, gdzie — rzeczywiście — kilka minut cierpliwego kopania pozwoliło mu odkryć ślady zwęglonego drewna.
