
Ostry krzyk przeszył ciszę. Do jadalni wbiegła pomoc kuchenna, a z jej oczu wyzierał strach.
– Nie żyją! – krzyczała. – W kuchni wszyscy są martwi. A na dziedzińcu leżą trzej knechci.
– Bzdury! – zdenerwował się von Litzen, ale niezwłocznie poderwał się z miejsca i chwycił skórzany mieszek, w którym przechowywał najcenniejsze kosztowności.
W tej samej chwili zjawił się dowódca warty.
– Zostaliśmy napadnięci! – wołał. – Napastnicy zaczaili się i zamordowali strażników!
– Ilu ich jest? – spytał von Litzen, wstrzymując oddech.
– Dość dużo. Wyglądają na chłopów. Jest z nimi młody panicz Magnus Maar.
Von Litzen posiniał na twarzy, ale już za moment odzyskał zimną krew.
– Zbudzić knechtów! Dać sygnał do walki! Nie wolno tu wpuścić buntowników! – komenderował. – A wy czterej za mną! Do podziemia! – Wskazał na kilku żołnierzy oniemiałych z przerażenia.
Magnus odważnie rzucił się w wir walki. Jako jeden z nielicznych miał miecz i ciął nim ile sił.
Wtargnęli do sali rycerskiej, ale von Litzena tu nie było, pozostały jedynie resztki obfitego posiłku. Magnus palił się do bitki, jednak wraz z nim podążało tylu chłopów, że zabrakło dla niego przeciwnika.
– Chodź – chwycił Endrego za ramię. – Von Litzen pewnie się gdzieś ukrył. Biegnijmy tamtędy, na górę!
Niewielkie schody z grubych desek prowadziły do długiego korytarza, właściwie galerii, obwieszonej portretami i oświetlonej migotliwym światłem.
– Chyba jesteśmy w zachodnim skrzydle pałacu – szepnął Magnus. – Tu znajduje się apartament jaśnie pani. Von Litzen pewnie ukrył się pod babską spódnicą! Wchodzimy tutaj!
Młody szlachcic szarpnął drzwi i wdarli się do środka. Nie ulegało wątpliwości, że von Litzena tu nie było. Z oddali dochodził ich odgłos walki w przeciwległym skrzydle pałacu.
Ze zdumienia odebrało im mowę. Dopiero po dłuższej, zdającej się trwać wieki ciszy, Endre wyszeptał z niedowierzaniem:
