
– Proszę się natychmiast uspokoić. Wszyscy z dokumentami do mojego auta. Wszyscy!
Młody policjant wskazywał na poloneza zaparkowanego na wysepce przystanku autobusowego.
– My nie mamy czasu – wykrzyknął artysta – o dwunastej w południe jest nasz ślub!
Marta podniosła się z asfaltu, podeszła do niego i powiedziała spokojnie:
– Nie ma żadnego ślubu. Przeproś tego pana i spierdalaj, ty gnojku.
Dosłownie tak! To była znowu ta stara, normalna Marta. Nareszcie!
Pamięta, że w tym momencie wpatrywała się w oczy tego mężczyzny i wiedziała, że zna to spojrzenie.
– Ja miałem zielone. Ja bardzo panią przepraszam – powiedział bezradnie.
Marta zerwała welon z głowy, wytarła nim zakrwawiony nos, zgniotła w dłoni i rzuciła na asfalt. Chwyciła mężczyznę za ramię.
– Ja wiem. Niech pan przestanie wreszcie przepraszać. Moje ubezpieczenie zapłaci za wszystko. Nawet pan nie wie, co pan dla mnie zrobił.
Podeszła do niego, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
Nie rozumiał, o co chodzi. Stał jak osłupiały.
W tym momencie przypomniała sobie, skąd go zna. To przecież on siedział przy śmietniku w tamtą Wigilię.
Artysta zniknął w tłumie gapiów, którzy zdążyli zebrać się na chodniku.
– Pomogę pani ściągnąć auto z jezdni – powiedział mężczyzna. Wepchali we trójkę punto na chodnik.
– Mam na imię Andrzej. A pani?
– Marta. A to moja przyjaciółka Ada. To znaczy Adrianna. Spojrzał na nią uważnie. Podał jej rękę i powiedział cicho: – Andrzej. Przepraszam, że przestraszyłem panią wtedy w Wigilię.
Tak sobie po prostu! Tak jak gdyby ta Wigilia była przed tygodniem. A przecież minęły prawie dwa lata.
Był wysoki. Miał czarne włosy, zaczesane do tyłu. Szeroką bliznę na prawym policzku i bardzo szczupłe dłonie. Nigdy nie spotkała mężczyzny, który miałby tak szerokie i pełne wargi.
