
Simmacho dalej patrzył ze zdziwieniem. — Dlaczego nie umierają jak reszta?
„No właśnie, dlaczego?” — pomyślał Kerrick.
— Samice umarły, bo zginęło ich miasto, to dla nich to samo co odrzucenie. Coś się z nimi dzieje, gdy zostaną wygnane z miasta. Nie wiem dokładnie co. Jest to jednak przyczyną śmierci, widzicie wokół dowody. Wygląda na to, że samce, trzymane na uboczu i chronione, ciągle w pewien sposób odrzucone przez miasto, nie umierają wraz z pozostałymi.
— Zginą od naszych włóczni — powiedział Herilak. — Szybko, nim uciekną w ciemnościach.
— Nie chodzą nocą, wiesz o tym. A do tego miejsca nie prowadzą żadne inne drzwi. Przestańmy zabijać, gadać o zabijaniu i odpocznijmy do rana. Zjedzmy coś, napijmy się i idźmy spać.
Nikt się nie sprzeciwił. Kerrick znalazł wodo-owoc na niespalonym drzewie i pokazał reszcie, jak z niego pić. Nie mieli co jeść, ale zmęczenie pokonało głód i zasnęli niemal natychmiast.
Kerrick nie spał. Był równie zmęczony co reszta, lecz kłębiące się myśli nie pozwalały na sen. W górze odpłynęły ostatnie chmury, pokazały się gwiazdy. Wreszcie zasnął, nie wiedząc kiedy, a gdy znów otworzył oczy, świt rozjaśniał niebo.
Coś się obok niego poruszyło i w narastającym świetle ujrzał Herilaka, podkradającego się cicho z nożem w ręku do wejścia do hanalè.
— Herilaku — zawołał, wstając niechętnie. Wielki łowca obejrzał się z twarzą wykrzywioną złością, zawahał — i wsunął nóż do pętli przy pasie, a potem odwrócił się i odszedł. Żadne słowa Kerricka nie mogły ukoić rozdzierającego bólu. Zabijanie, zamiast zmniejszyć gniew i wściekłość Herilaka, zdawało się jedynie wzmagać te uczucia. Może szybko mu to minie. Może. Zatroskany Kerrick zaspokoił pragnienie wodo-owocem. Jest jeszcze wiele do zrobienia. Najpierw musi się jednak przekonać, czy naprawdę w hanalè zostały jakieś żywe Yilanè. Spojrzał niechętnie na swą włócznię. Czy jest mu jeszcze potrzebna? Mogą jednak być wewnątrz samice, nic nie wiedzące o zniszczeniu miasta. Podniósł broń i trzymając ją przed sobą, przekroczył nadpalone i wygięte wrota.
