Bardzo mała, ale bardzo rozgniewana niebieska twarz, z leżącą wciąż nad nią grudą śniegu, rozejrzała się po świeżym białym pustkowiu.

— Lojzicku! — jęknęła. — Popaccie ze! To robota zimistsa, jak nic. To je dopiro chłystek, co nie uznaje odmowy.

W górę wysunęły się inne bryły śniegu. Wyjrzały kolejne głowy.

— Oj bida, bida, bida! — odezwała się jedna z nich. — Znowu znaloz wielką ciut wiedźmę!

Pierwsza głowa zwróciła się do niego.

— Tępaku Wullie…

— Tak, Rob?

— Zem ci nie mówił, cobyś dał spokój temu bidowaniu?

— Ześ mówił, Rob — przyznała głowa określona jako Tępak Wullie.

— No to cemu ześ tak robił?

— Pseprosom, Rob. Tak jakby samo sceliło.

— To takie psygnebiające.

— Pseprosom, Rob. Rob Rozbój westchnął.

— Ale siem boje, co mas racje, Wullie. Psysoł po wielko ciut wiedźmę, ni ma co. Kto jej pilnuje psy farmie?

— Ciut Groźny Szpic, Rob.

Rob przyjrzał się chmurom, które były tak pełne śniegu, że obwisały pośrodku.

— Dobra — powiedział i westchnął znowu. — Coś na Bohatera. Zniknął w dole, a śniegowy korek opadł równo na dawne miejsce. Rob zsunął się do serca kopca Feeglów.

Wewnątrz było sporo miejsca — w samym środku mógłby prawie stanąć człowiek, ale wtedy zgiąłby się wpół od kaszlu, gdyż w środku był otwór odprowadzający dym.

Wzdłuż wewnętrznej ściany biegły piętrami galerie, a na każdej tłoczyli się Feeglowie. Zwykle panował tu gwar, teraz jednak zapadła przerażająca cisza.

Rob Rozbój przeszedł do ogniska, gdzie czekała jego żona Jeannie. Stała dumnie wyprostowana, jak wypada keldzie, ale z bliska wydało mu się, że płakała. Objął ją ramieniem.

— No dobra, pewno syscy wicie, co sie dzieje — oznajmił niebiesko-czerwonej publiczności, przyglądającej mu się ze wszystkich stron. — To nie jest zwykło buza. Zimists znaloz wielko ciut wiedźmę… Zaro, uspokójcie sie.



3 из 261