
Ognie pogasły i nastała kompletna ciemność.
– Mój brat! Pośrodku tego wszystkiego – zawodził Antonio. Miał jednak pełne ręce roboty z powstrzymywaniem Unni i w żaden sposób nie mógł pomóc ukochanemu starszemu bratu. – Jordi! Jordi, jak sobie radzisz?
W ogólnym zgiełku jednak jego głos nie docierał do tamtego.
Nagle wstrząsy ustały. Kurz rozpływał się powoli i w końcu osiadał na kamiennej podłodze.
Wycie po drugiej stronie coraz bardziej się oddalało.
Urraca powiedziała cierpko:
– Teraz szukacie innych wyjść? Powinniście byli pomyśleć o tym wcześniej. W tej chwili jest za późno.
– Myśli pani… że Jordi zdołał zamknąć? – spytała Sissi, wytrzeszczając na czarownicę wielkie, płonące oczy.
– Tego się nie dowiemy, dopóki nie przesuniecie sarkofagu Agili.
– Jordi! – wrzasnęła Unni. – Odpowiedz nam! Antonio musiał przetrzeć oczy, a wtedy ona mu się wyrwała i pobiegła w głąb groty. Wszyscy rzucili się za nią, wykrzykując jakieś przestrogi. Została zapalona jedna latarka kieszonkowa, potem druga. Ludzie zatrzymali się niepewni, zbici z tropu. Sarkofag stał jak przedtem, pokryty pyłem. Ale Jordi zniknął.
Z czasu, który nastał potem, Unni nie zapamiętała wiele. Zdawało jej się, że pokrwawiła sobie dłonie, bo z wielką siłą tłukła nimi w ścianę, że wrzeszczała wniebogłosy i wyła, kiedy przyjaciele odciągali ją stamtąd, i że opadła na skalną podłogę, gdy usłyszała głos don Federica:
„Jordiego już tutaj nie ma. Szukanie na nic się nie zda”.
Potem był już tylko płacz, rozpacz i chaos. W końcu głośno wciągnęła powietrze i oznajmiła, szlochając:
– Oni go złapali. Pojmali go.
– Nie, Unni – odparł jej przodek, don Sebastian. – Nie, oni go nie pojmali.
Podniosła nań wykrzywioną bólem twarz i zapłakane czerwone oczy.
– No to gdzie się w takim razie znajduje?
– Teraz Jordi jest w naszym świecie.
